Od dwóch miesięcy amerykański indeks S&P 500 znajduje się w średnioterminowym trendzie wzrostowym. Od półtora miesiąca rosnącym cenom akcji towarzyszy ostra przecena ropy naftowej. Połączenie obu tych zjawisk na pierwszy rzut oka każe szukać najprostszego wytłumaczenia zwyżek na giełdach spadającymi cenami ropy. W końcu tańsze paliwa to spadek presji inflacyjnej, niższa inflacja to mniejsze ryzyko podwyżki stóp procentowych, a to z kolei dobre wieści dla rynku akcji. Trudno nie przyznać takiej argumentacji prawdziwości, tyle że powiązania między cenami ropy i akcji są znacznie bardziej skomplikowane i zależą też od innych czynników. Można przypuszczać, że perspektywa zatrzymania wzrostu stóp procentowych w USA, wsparta dodatkowo spadającymi cenami paliw, wywarła w ostatnich kilkunastu tygodniach efekt psychologiczny na inwestorów, którzy chętniej kupowali akcje. Wcale nie jest jednak pewne, że te tendencje się utrzymają. Wiele wskazuje na to, że mają one raczej przejściowy charakter, a nastroje na giełdach znowu się pogorszą. Decydującym czynnikiem może okazać się słabnący wzrost gospodarczy za oceanem. Sęk w tym, że spadające ceny ropy to prawdopodobnie tylko pozornie dobra wiadomość dla graczy giełdowych. Po pierwsze, warto zauważyć, że majowe załamanie na rynku akcji zupełnie nie potwierdzało tezy o odwrotnej zależności cen spółek i notowań ropy. Wówczas ceny paliw także bowiem spadały. Poza tym przecena paliw jest obecnie przede wszystkim odzwierciedleniem obaw przed spadkiem popytu na ten surowiec w związku ze słabnięciem koniunktury gospodarczej w USA.
Dowodów na to zjawisko jest aż nadto. Wczoraj chociażby poznaliśmy dane potwierdzające negatywne tendencje na amerykańskim rynku nieruchomości. Sprzedaż domów na rynku wtórnym zmalała piąty miesiąc z rzędu, a przeciętna cena domu była w sierpniu niższa niż rok temu - taka sytuacja zdarzyła się ostatnio ponad jedenaście lat temu.