Prowadzenie badań naukowych nie jest łatwym kawałkiem chleba. Naukowiec musi być bowiem wyposażony nie tylko w gruntowne przygotowanie teoretyczne i pasję badawczą. W wielu przypadkach niezbędne jest również posiadanie cennych, nie dla wszystkich dostępnych zasobów. Wydawać by się mogło, że w dziedzinie nauk ekonomicznych sprawa jest nieco przynajmniej prostsza. Niestety, to tylko pozory.
W badaniach ekonomicznych jednym z podstawowych problemów jest dotarcie do wiarygodnych danych statystycznych. Duża część interesujących dla ekonomistów danych krajowych gromadzona jest i udostępniana przez organa administracji publicznej. Wiele spośród tych instytucji publikuje zbierane przez siebie informacje na stronach internetowych oraz w wydawnictwach drukowanych. Istnieje jednak pokaźna ilość szczegółowych danych specjalistycznych, które od wymienionych instytucji można kupić lub otrzymać, zwracając się do odpowiednich departamentów, wydziałów i innych jednostek organizacyjnych.
I w tym miejscu, na styku administracji i nauki, pojawia się konieczność zużytkowania największych zasobów czasu, cierpliwości i silnych nerwów. Kontakty z zawodowymi urzędnikami bywają bowiem bolesną lekcją pokory. Stosunkowo najlepsza sytuacja jest w przypadku współpracy z bankiem centralnym. Znacznie gorsze rozumienie problemu występuje w innych instytucjach centralnych, zwłaszcza w ministerstwach.
Najczęściej zdarza się bowiem tak, że kompetentna w określonej dziedzinie osoba jest "chroniona" kordonami pozornie nadgorliwych urzędników, którzy w niezwykle kreatywny sposób potrafią bronić swojego służbowego czasu przed jakimkolwiek zakłócaniem go przez petentów. Normą w kontaktach z ministerstwem jest odsyłanie interesanta z kancelarii do kancelarii, od departamentu do departamentu, z wydziału do wydziału. Nikt nie wie nic, a przemiłe zazwyczaj telefonistki, przełączające dzwoniącego do nich badacza, potrafią nawet sprawić, że w telefonicznych wędrówkach po gmachu ministerstwa łatwo wrócić do punktu wyjścia...
Cierpliwość jednak popłaca. Odszukanie właściwej osoby okazuje się nawet trochę łatwiejsze, niż odnalezienie igły w stogu siana. Niestety, nie jest to wcale koniec ciernistej drogi, którą porusza się wytrwały naukowiec. Kiedy bowiem dotrze do właściwego specjalisty, musi wkroczyć na kolejną stromą ścieżkę - ścieżkę służbową. W urzędzie nikt przecież nie podejmie samodzielnej decyzji o udostępnieniu danych! Każda prośba musi być umotywowana na piśmie, które następnie powinno jakiś czas odleżeć na kilku biurkach, u urzędników coraz wyższego stopnia. Gdy wreszcie decyzja zostanie podjęta, a jej wykonawca wyznaczony, podpisane dokumenty muszą powędrować tą samą drogą w dół. Cała procedura w najprostszym przypadku zajmuje kilka dni.