Na amerykańskim parkiecie utrzymują się dobre nastroje. Trochę lepsze od spodziewanych dane o nastrojach konsumentów wypchnęły w pierwszej połowie wtorkowej sesji S&P 500 powyżej majowej górki. Tym samym realizuje się scenariusz opierający się na podobieństwie sytuacji obserwowanej od połowy maja z wcześniejszymi korektami hossy. Najbardziej uzasadniona okazuje się analogia z sytuacją występującą od marca 2005 r. Wtedy rynek potrzebował 92 sesji na odrobienie strat, teraz zajęło to 99 sesji. Z tym, że od marcowego szczytu z 2005 r. do kolejnej górki upłynęło 105 sesji, a wcześniejsze maksimum zostało przekroczone jedynie o 1,5 proc. Gdyby ta analogia miała mieć zastosowanie teraz, to amerykańskiemu parkietowi pozostawałoby niewiele miejsca na kontynuację zwyżki. Optymistyczne nastawienie tonuje też wykres Nasdaqa. Od ponad tygodnia obserwujemy zmagania tego indeksu z silnym oporem związanym z 61,8-proc. zniesieniem spadku trwającego od połowy kwietnia do połowy czerwca oraz z przebiegającą mniej więcej na tym samym poziomie linią trendu, łączącą kolejne dołki z ostatnich dwóch lat. Została przełamana w pierwszej połowie czerwca. W związku z tym dopiero wyraźne wyjście Nasdaqa powyżej 2250 pkt dawałoby powody do oczekiwania na utrwalenie wzrostu. Wyraźna poprawa notowań na rynkach wschodzących, jaka miała miejsce we wtorek, nie zmienia faktu, że wypadają one wciąż słabo. W większości przypadków można to tłumaczyć niekorzystną sytuacją na rynku towarów. Ale największy z emerging markets - parkiet koreański - też dzieli jeszcze daleka droga od wiosennego szczytu, a przecież spółki surowcowe nie odgrywają na nim ważnej roli. To potwierdza, że wyraźnie zmieniło się postrzeganie rynków wschodzących i zjawisko to przybiera coraz trwalszy charakter. Z naszej perspektywy na uwagę zasługuje osiągnięcie we wrześniu przez 12-miesięczną zmianę węgierskiego BUX-a ujemnej wartości. Stało się to pierwszy raz od wiosny 2003 r.