Czwartkową sesję główne amerykańskie indeksy rozpoczęły od niewielkich zwyżek. Dobrych humorów inwestorom nie popsuła, opublikowana przed sesją, rewizja danych o wzroście gospodarczym w USA do 2,6 proc., w II kw. z wcześniej szacowanych 2,9 proc. To bowiem już historia, a obecnie rynek żyje teraźniejszością. A teraźniejszością jest środowa zwyżka S&P500 do najwyższego poziomu do 5,5 roku oraz wzrost DJIA do najwyższego poziomu od stycznia 2000 roku, w efekcie czego indeks ten znalazł się zaledwie 0,25 proc. poniżej najwyższego w historii poziomu. Obserwowane w ostatnich dniach zachowanie Wall Street może dziwić. I to nie tylko dlatego, że statystycznie najgorszy miesiąc w roku przyniesie zyski z akcji. Ale głównie dlatego, że ceny akcji rosną, pomimo, że coraz więcej sygnałów wskazuje na ryzyko dość poważnego spowolnienia gospodarczego. Świadczy o tym nie tylko wspomniana wyżej, stosunkowo niska jak na USA, dynamika PKB, ale przede wszystkim pogarszająca się koniunktura na rynku nieruchomości. Z opublikowanych w tym tygodniu danych wynika, że nie tylko sprzedaż domów znajduje się aktualnie na poziomach sprzed kilku lat, ale też okazało się, że w sierpniu, pierwszy raz od 11 lat, spadła mediana cen na rynku wtórnym. Na znacznie mniejszym rynku sprzedaży nowych domów (20 proc. całego rynku) mediana cen spadła pierwszy raz od 3 lat.
Te spadki cen mogą rozpoczynać pewien proces normalizowania sytuacji. To oznacza zaś obniżenie bogactwa Amerykanów, od którego już tylko krok do mniejszej konsumpcji, a w dalszej perspektywie i recesji. W skrajnym przypadku dojdzie do pęknięcia bańki spekulacyjnej. Pęknięcia, które dla gospodarki byłoby znacznie groźniejsze niż pęknięcie bańki internetowej, gdyż zdecydowanie większa liczba Amerykanów posiada zainwestowane środki w domy niż w akcje. Z punktu widzenia analizy technicznej, po wybiciu S&P500 i DJIA ponad majowe szczyty droga do wzrostu jest otwarta. Zwłaszcza że dziś kończy się miesiąc i kwartał.