Nadal czekamy na test wsparcia
Niestety, przełomu wczoraj nie mieliśmy. Zresztą niewiele zapowiadało, że taki akurat tego dnia nastąpi. Brak publikacji poważniejszych danych makro wskazywał, że będziemy raczej skazani na poddanie się nastrojom wewnętrznym, a te są ostatnio zdecydowanie senne. Pewną atrakcją mógł być ewentualny test wsparcia na poziomie sierpniowego dołka, ale do tego testu nie doszło. Zresztą nawet poniedziałkowe minima nie były zagrożone.
W efekcie można powiedzieć, że mamy za sobą kolejną sesję, w czasie której nic się nie wyjaśniło. Do jej ciekawszych momentów można zaliczyć wzrost cen jaki miał miejsce tuż przed 13.30. Jego źródłem był nasz rodzimy kapitał. Ktoś próbował rozbujać rynek, angażując niewielką ilość środków. Przez chwilę było to nawet zabawne, ale nikt w takie zagranie nie uwierzył. Trudno wierzyć w kosze zleceń kupna. Jedynym skutkiem, być może zamierzonym, było oddalenie się cen od poziomu wsparcia, a tym samym uniemożliwienie jego testu. Oddaliło to tym samym możliwość pojawienia się sygnału sprzedaży, jakimi byłoby zejście pod wspomniane wsparcie. Nie oznacza to jednak, że pojawienie się negatywnego sygnału stało się niemożliwe. Wzrost był za słaby, by pociągnąć większą liczbę graczy.
Tym bardziej że miał on miejsce w szczególnej chwili. O 13.30 pojawił się raport Challengera o liczbie planowanych zwolnień w amerykańskich przedsiębiorstwach. Okazała się ona wyższa od prognoz. Oczywiście, nie jest to zmienna makro, która teraz ma poważny wpływ na rynki, ale z pewnością trudno uznać taką publikację za sprzyjającą śmiałym zakupom. Tym bardziej w Polsce.
Jeśli już poruszony został temat wpływu informacji z rynku