Niejako tradycyjnie po przełamaniu wcześniejszego szczytu hossy S&P 500 napotyka problemy z kontynuacją zwyżki. Taki scenariusz obserwujemy od blisko 3 lat. Nie ma powodów, aby teraz było inaczej. Dlatego ustanowienia nowego maksimum nie należy traktować jako zapowiedzi wzmocnienia korzystnej tendencji, a raczej jako zachętę do poszukiwania sygnałów zakończenia zwyżki. Jeden już się pojawił. To niska zmienność. To element charakterystyczny dla poprzednich górek. Natomiast jeszcze trochę miejsca na wzrost pozostawiają takie czynniki, jak 12- i 3-miesięczna zmiana indeksu czy oddalenie od 12-miesięcznej średniej kroczącej. Także dzienny MACD nie dotarł jeszcze do szczytów ustanawianych w początkach i pod koniec 2004 r. i w listopadzie 2005 r. To sugerowałoby, że S&P 500 może jeszcze trochę pójść w górę. Takie oczekiwania będą uzasadnione dopóki indeks nie wróci poniżej majowego maksimum. Wypadło na wysokości 1326 pkt. Teraz "pięćsetka" jest ok. 0,5 proc. powyżej tej bariery.

Powody do niepokoju daje wciąż największy z emerging markets - rynek koreański. Mimo sprzyjających warunków, jakie tworzy spadek cen ropy naftowej, tamtejszy Kospi nie jest w stanie przebić silnego oporu, związanego z 61,8-proc. zniesieniem wyprzedaży z maja i czerwca. Na tym poziomie notowania rozgrywają się już od miesiąca. To sugeruje, że wśród inwestorów obawy przed spowolnieniem gospodarczym są nadal obecne. Symptomem wskazującym na trwalsze przesilenie na tym parkiecie jest sygnał sprzedaży na miesięcznym MACD, który ostatni raz obserwowaliśmy cztery lata temu. To każe traktować trwający od połowy czerwca wzrost jako ruch powrotny po przełamaniu linii trendu, wyprowadzonej z dołka z sierpnia 2004 r. Po jego zakończeniu powinniśmy być świadkami dalszej części przeceny, która zaowocuje atakiem na główna linię hossy przebiegającą przy 1220 pkt. Teraz Kospi ma 150 pkt więcej.

Także w przypadku węgierskiego BUX-a coraz więcej wskazuje na zakończenie stabilizacji i dalszy ruch w dół.