Już tylko trzy miesiące pozostały do wygaśnięcia kadencji obecnego prezesa Narodowego Banku Polskiego. A im bliżej tego momentu, tym częściej pojawiają się spekulacje dotyczące osoby, która wkrótce przejmie obowiązki szefa banku centralnego.
W minionym tygodniu głos w tej sprawie zajął nawet sam premier. Chociaż nie padły żadne nazwiska, dowiedzieliśmy się, że najbardziej prawdopodobnym kandydatem (lub kandydatką) jest osoba prezentująca odmienne spojrzenie na sytuację w kraju niż dotychczasowy szef NBP. Trudno byłoby to uznać za kryterium umożliwiające dokonanie selekcji potencjalnych "aplikantów", gdyż wśród polskich ekonomistów zapewne można znaleźć zarówno wielu zwolenników, jak i krytyków dotychczasowej polityki pieniężnej oraz przemian gospodarczych z początku lat dziewięćdziesiątych. Mimo to słowa premiera z pewnością sygnalizują, jakie poglądy może reprezentować nowy prezes. Ponadto, ponieważ wielu inwestorów przywiązuje wagę do tego, by osoba stojąca na czele banku centralnego była jednocześnie zagorzałym strażnikiem stabilności cen, rynki finansowe z uwagą wsłuchują się we wszelkie tego typu deklaracje.
Pomimo uwagi, którą poświęca się kwestii zmiany prezesa NBP, nie jest wcale jednoznaczne, jaki mógłby być rzeczywisty wpływ tej zmiany na politykę monetarną w najbliższych latach. Otóż decyzje dotyczące poziomu stóp procentowych w Polsce są podejmowane nie przez szefa NBP, lecz przez całą Radę Polityki Pieniężnej, w skład której - oprócz szefa banku centralnego - wchodzi jeszcze dziewięciu innych członków. Ponieważ skład RPP nie ulegnie zmieni się w przyszłym roku, trudno oczekiwać gwałtownego zwrotu w dotychczasowej polityce pieniężnej.
Z pewnością do zmian mogłoby dojść, gdyby obecność nowego prezesa zachwiała dotychczasowym układem sił między "gołębiami" i "jastrzębiami" w RPP, lecz na razie wydaje się to mało prawdopodobne. Otóż w Radzie, oprócz zdecydowanych "jastrzębi" oraz "gołębi", znajduje się silna grupa osób o umiarkowanych poglądach, których nie można zaliczyć do żadnej ze skrajnych frakcji. To właśnie głosy tych osób okazują się decydujące przy ruchach stóp procentowych i nic nie wskazuje, by zmiana na stanowisku szefa banku centralnego mogła w tej kwestii doprowadzić do jakiejkolwiek rewolucji. Dlatego do ewentualnych podwyżek lub obniżek stóp procentowych dojdzie dopiero wówczas, gdy przedstawiciele "centrum" w RPP dojrzeją do takiej decyzji, a nie wówczas, gdy zdecyduje się na to szef banku centralnego. Z tego względu trudno doszukiwać się bezpośredniego związku między osobą nowego prezesa NBP i kierunkiem polityki monetarnej.
Nie oznacza to, że zmiany na tak wysokim stanowisku nie mogą mieć żadnego znaczenia. W końcu szef banku centralnego oprócz współdecydowania o poziomie stóp procentowych, ma również wiele obowiązków związanych z funkcjami reprezentacyjnymi oraz organizacyjnymi. Jego wypowiedzi decydują o sposobie, w jaki bank centralny oraz jego polityka są postrzegane przez gospodarstwa domowe lub rynki finansowe. Wszelkie błędy w tym zakresie mogłyby oznaczać wzrost niepewności odnośnie do przyszłej polityki pieniężnej oraz spadek wiarygodności władz monetarnych, a przez to również ich mniejszą skuteczność w walce z inflacją. Z jednej strony oznaczałoby to większą premię wliczoną w ceny polskich aktywów, gdyż inwestorzy żądaliby rekompensaty za ponoszone ryzyko. Z drugiej strony, można sobie wyobrazić sytuację, w której większość członków RPP zdecyduje się, wbrew stanowisku szefa NBP, na zacieśnienie polityki monetarnej tylko po to, by utwierdzić rynki finansowe w przekonaniu, że antyinflacyjna reputacja banku centralnego nie zmniejszyła się.