Kataklizmy i nieszczęśliwe wypadki stale się zdarzają. Trudno przewidzieć, kiedy i kogo dotkną, a szacowanie strat nie jest łatwe. Ostatnio ucierpiały rafineria Możejki (chce ją przejąć Orlen) i Jago - jeden z największych w kraju dystrybutorów mrożonek. Obie spółki są notowane na giełdach, pierwsza w Wilnie, a druga w Warszawie. Ich akcjonariuszami - poza tymi strategicznymi - są także drobni inwestorzy. Abstrahując od skali problemów obu firm i ich wartości rynkowej, warto przeanalizować, jak komunikują się z rynkiem. To pokazuje stosunek do inwestorów - dostawców kapitału. Pożar w Możejkach wybuchł 12 października, o czym rynek dowiedział się od razu. Wiadomo, nie da się tego ukryć. Już jednak 16 października rano zarząd podał wstępne szacunki strat. Ujawnił też, o ile może być niższy tegoroczny zysk od planowanego.

W Jago, choć awaria w jednym z magazynów wystąpiła 9 października, do tej pory nie podano wartości szkody. O samym zdarzeniu spółka poinformowała dopiero późno wieczorem, 11 października. Dlaczego tak późno? Zarząd nie wyjaśnił. Jago cały czas szacuje wielkość strat. Być może powie coś na ten temat w przyszłym tygodniu. Szkoda, że zarząd nie prześledził, jak inne spółki radziły sobie z nadzwyczajnymi zdarzeniami. Polecam lekturę raportów Grupy Kęty, opublikowanych dzień po pożarze w jednym z zakładów, który wystąpił 19 stycznia tego roku.

Zarząd Jago napisał, że przesyła komunikat z informacją o awarii "ze względu na ostrożność i potencjalny wpływ na bieżący kurs akcji". Akcje, oczywiście, tanieją. I trudno się dziwić.