W dobrych firmach istnieje praktyczna zasada, że odchodzący prezes czy członkowie zarządu zobowiązują się do niepodejmowania pracy u konkurencji przez kilkanaście lub więcej miesięcy za odpowiednim odszkodowaniem. Rozwiązanie to jest korzystne dla obu stron. Właściciele i nowe szefostwo firmy są pewni, że konkurencja szybko nie pozna ich strategii. Byli prezesi są natomiast mniej skłonni do podejmowania nieracjonalnych kroków, chroniących ich przed zwolnieniem. Takie decyzje szefów podejmowane w ostatniej chwili przed zwolnieniem bywają zbyt kosztowne w porównaniu z kosztami kilkunastomiesięcznej lub nawet kilkuletniej odprawy.
Dobre i praktyczne zwyczaje w świecie biznesu mogą znajdować zastosowanie w świecie polityki - i tu, i tam najważniejsi są ludzie oraz pieniądze. Uprawianie polityki jest kosztownym zajęciem, gdyż po pierwsze, kampanie wyborcze kosztują. Po drugie, bardzo wysokie ryzyko korupcji w polityce sprawia, że decydenci powinni być odpowiednio wynagradzani. Problem pojawia się jednak, gdy inwestycja w politykę nie zdążyła się jeszcze zwrócić i posłowie analogicznie jak prezesi przed zwolnieniem zaczynają podejmować decyzje nieracjonalne dla otoczenia, ale bardzo racjonalne dla swoich partykularnych interesów. Do kanonu takich decyzji należy głosowanie posłów "dietetycznych" za złym rządem, słabym budżetem czy przeciw samorozwiązaniu parlamentu. Powstawanie grupy posłów "dietetycznych" w każdym parlamencie jest faktem, ale wyborcy nigdy dokładnie nie będą wiedzieli, jak wielu wybrańców narodu kieruje się względami innymi niż dobro publiczne.
Raczej słabe perspektywy kariery zawodowej poza polityką sporej części parlamentarzystów znacząco obniżają ich zdolność kredytową. Natomiast pewność zatrudnienia przez cztery lata z wynagrodzeniem czterokrotnie wyższym niż średnia krajowa wydatnie pomaga w spłacie zobowiązań. A czasy, gdy można było zrobić karierę polityczną i nie spłacać długów, już chyba minęły (na szczęście!). Skoro wybory to rzecz normalna w demokracji, a demokracja jest najlepszym systemem społeczno-politycznym, jaki udało się wprowadzić w życie człowiekowi myślącemu, to należy jeszcze usunąć złe bodźce dla polityków. Prosta zmiana ustawy wyborczej gwarantująca wypłatę diet i pokrycie kosztów utrzymania biur poselskich, w tym oczywiście ryczałt na benzynę przez okres pełnej kadencji parlamentu niezależnie od jej faktycznej długości miałaby spore szanse zdobycia większości w Sejmie i Senacie. Zakładając, że koszt jednego parlamentarzysty dla budżetu wynosi około 20 tys. złotych miesięcznie, to koszty osobowe pełnej 4-letniej kadencji wynoszą prawie 442 mln złotych, czyli po 110 mln złotych za rok u władzy.
Skoro więc od zarania cywilizacji "pieniądz rządzi światem", to zagwarantowanie odszkodowań dla parlamentarzystów, podobnie jak dla prezesów nawet niedużych firm, byłoby rozwiązaniem znacznie tańszym niż ponoszenie kosztów błędnych i nieracjonalnych (dla nas) decyzji. Jako wyborcy - właściciele tego biznesu taki wydatek bylibyśmy jeszcze w stanie znieść.
Autor jest ekonomistą i członkiem Rady Naukowej CASE.