Po środowych wzrostach na Wall Street, gdy decyzja Rezerwy Federalnej o pozostawieniu bez zmian stóp procentowych pomogła w wywindowaniu indeksów na nowe szczyty (Dow Jones pobił kolejny rekord), wczoraj do kupowania akcji przystąpili także inwestorzy w Europie. Ostatecznie jednak większa część europejskich indeksów znalazła się pod kreską, o czym przesądziło... nie najlepsze otwarcie na Wall Street.

Nowy szczyt na koniec sesji udało się zdobyć wskaźnikom we Frankfurcie (DAX) i Paryżu (CAC). Są najwyżej od przeszło pięciu lat. Straty poniósł m.in. londyński indeks FTSE-100 i mediolański MIB.

Akcje w Europie drożały m.in. dzięki dobrym wynikom finansowym osiągniętym przez koncerny Royal Dutch Shell i ABB. Shell wprawdzie zanotował spadek zysku netto w III kwartale o 34 proc., ale pomijając pozycje jednorazowe, wyniósł on ponad 7 mld USD i był znacznie większy od 5,6 mld USD prognozowanych przez analityków. Akcje brytyjsko-holenderskiego potentata naftowego wzrosły o blisko 4 proc. Wyniki szwajcarskiego ABB (przeszło dwukrotny wzrost zysku) przyczyniły się do wzrostu akcji spółki o ponad 2 proc.

Na drugim biegunie znalazły się brytyjskie firmy farmaceutyczne. Akcje AstraZeneca straciły blisko 8 proc. (najwięcej wśród firm ze DJ Stoxx 600) ze względu na słabe wyniki finansowe, a notowaniom GlaxoSmithKline zaszkodziła informacja o opóźnieniach we wprowadzaniu na rynek leku Cervarix na raka mózgu.

W Nowym Jorku odwrót od akcji na początku sesji spowodowały przede wszystkim nie najlepsze wieści dla Boeinga. Spekuluje się, że koncern może opóźnić wprowadzenie na rynek supernowoczesnego modelu 787 "Dreamliner", a wczoraj dodatkowy cios zadał mu europejski rywal Airbus, informując o zdobytym w Chinach kontrakcie na dostawę aż 150 samolotów A320. Za Wielkim Murem, gdzie dotąd więcej maszyn sprzedawał Boeing, Airbus chce też wybudować fabrykę. Notowania Boeinga spadły wczoraj na otwarciu o ok. 3 proc.