Ostatnie spekulacje na temat tego, kto miałby zostać następcą Leszka Balcerowicza przypomniały mi o jednej z telewizyjnych reklamówek Prawa i Sprawiedliwości. Dlaczego? Bo mowa w niej była o tym, że w Polsce "inflacja jest najmniejsza w całej Europie", a tak się jakoś składa, że obecny prezes Narodowego Banku Polskiego kojarzy mi się właśnie z niską inflacją. Jednak funkcjonariusze partyjni odpowiedzialni za promocję PiS-u nie uznali za stosowne wspomnieć przy tej okazji o Balcerowiczu. Można więc (a nawet należy) odnieść wrażenie, że owa najniższa na kontynencie inflacja jest zasługą PiS-u. Balcerowicz zaś - choć jest szefem NBP i to do jego zadań należy dbanie o to, by inflację trzymać w ryzach - nie ma tu nic do rzeczy.
Zresztą, gdyby w najmniejszym choćby stopniu przyczyniał się do obniżania inflacji, pewnie nie byłby ciągany razem z żoną po komisjach śledczych (że o karach finansowych za niestawienie się nie wspomnę). No i pewnie prezydent powołałby go na kolejną kadencję na stanowisko szefa banku centralnego. Tymczasem powoła kogoś zupełnie innego. Innego do tego stopnia, że ów przyszły kandydat już zyskał miano anty-Balcerowicza.
Wiemy więc już, że Balcerowicz odejdzie, a razem z nim hasło "Balcerowicz musi odejść". Jestem pewien, że jeszcze przez jakiś czas będzie okazywać się, że jest odpowiedzialny za kolejne afery gospodarcze, za najwyższą w Europie stopę bezrobocia, za niskie ceny skupu żywca i wysokie benzyny i oleju, a także za kolejne - w zależności od regionu - susze albo powodzie. Ale jak długo jeszcze?
To wbrew pozorom wcale nie jest pytanie retoryczne. Ostatnie wydarzenia pozwalają mi przypuszczać, że dość krótko. Całkiem niedawno i dość nieoczekiwanie, okazało się bowiem, że to wcale nie Leszek Balcerowicz, jak można było podejrzewać, ale Jan Rokita jest "autorem zbrodni przeciwko demokracji". Wkrótce okaże się także, że jest on również autorem zbrodni przeciwko: gospodarce narodowej, finansom publicznym, produktowi krajowemu brutto, bezpośrednim inwestycjom zagranicznym, itd., itd. Krótko mówiąc, dowiemy się, że zrzucona kiedyś przez Amerykanów stonka ziemniaczana to w porównaniu z Janem Rokitą? mały żuczek.
Przejdźmy jednak do konkretów. Z pewnością już niebawem znajdą się niezbite dowody na to, że Rokita od co najmniej kilkunastu miesięcy sabotuje obniżkę podatków. PiS już w kampanii wyborczej w 2005 roku zapowiadał przecież takie kroki, a jeśli nadal ich nie wykonał, jest to z pewnością wynik sabotażu. Potem śledczy wykryją, że to na zlecenie Rokity podłożono ogień w rafinerii Możejki. Chciał w ten sposób w niwecz obrócić niewątpliwy sukces PiS-u w postaci wyboru Orlenu na inwestora dla tej litewskiej spółki.