Trójmiasto i Warszawa zanotowały skok cen na poziomie 5,5 procent. Planując teraz zakup mieszkania nad morzem, należy liczyć się ze średnim wydatkiem rzędu 4800 zł za metr kwadratowy, w stolicy natomiast musimy zapłacić średnio 6561 zł za metr kwadratowy. Minimalnie wolniej - w granicach 4-4,5 proc. - wzrosły we wrześniu ceny w Poznaniu (wróciły ponad granicę 4000 zł za metr kwadratowy) i w Krakowie (6275 zł za m kw.). Dlaczego tak się dzieje? Specjaliści przypominają, że brakuje nowych projektów, więc ceny swobodnie szybują i biją kolejne rekordy.
- We wrześniu, na podstawie danych o cenach z wakacyjnych miesięcy, w mediach można było dostrzec oczekiwanie na koniec wzrostów. Próbowano znaleźć uzasadnienie tezy, że hossa wygasa, za chwilę będzie "lepiej", czyli ceny jeśli nie spadną, to przynajmniej na dłużej przestaną gwałtownie rosnąć. Prawda jest, niestety, brutalna - mówi Maciej Dymkowski, dyrektor ds. rozwoju RedNet Property Group (właściciel serwisu www.tabelaofert.pl). - Wakacje na rynku od lat są spokojniejsze, natomiast jesień sprzyja zakupom. I to widać. Podobnie było rok temu. W sierpniu 2005 r. średnia wartość metra kwadratowego mieszkania w największych aglomeracjach wzrosła maksymalnie o 1,5 proc. Po tym pozornym spokoju ceny w ciągu IV kwartału 2005 r. wzrosły od 3,5 proc. w Trójmieście do 21 proc. we Wrocławiu - zaznacza dyrektor Dymkowski i przypomina, że o średniej cenie decydują trzy możliwe ruchy na rynku: rozpoczęcie sprzedaży nowych projektów, wyprzedaż lokali jeszcze dostępnych lub podniesienie cen (spowodowane np. obserwowanym nadpopytem).
Przykład? Warszawskie dzielnice - Ursus i Bemowo. W Ursusie zdecydowanie zwiększyła się podaż, cena lokali została dostosowana do obecnej sytuacji, co spowodowało 19-proc. wzrost średniej ceny metra kwadratowego. Na Bemowie liczba ofert zmniejszyła się. Na efekty nie trzeba było długo czekać: ceny skoczyły o 8 procent.
Metr kwadratowy będzie dalej drożał
Czego możemy się spodziewać w najbliższym czasie? - Dalszego wzrostu cen - twierdzi Maciej Dymkowski. - W obecnej sytuacji dramatycznego braku mieszkań mogą być to wzrosty symboliczne, ale mogą być również zmiany gwałtowne. Zmiany obserwowane w ciągu miesiąca nie są jednak wystarczającą podstawą do wieszczenia krachu, załamania się koniunktury i pękania "bańki", jak od pewnego czasu mówi się o rynku mieszkaniowym - zaznacza specjalista RedNet Property Group. Zdaniem Macieja Dymkowskiego, ceny w Polsce idą w stronę wyrównania z tymi, jakie obowiązują w innych krajach Unii Europejskiej.