- Polskie przedsiębiorstwa chcą zwiększać zatrudnienie. I chociaż bezrobocie jest bardzo wysokie, to chętnych do pracy nie ma - uważa Marek Goliszewski, prezes BCC. - Mimo to nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że otwarcie naszego rynku na Wschód będzie całkowicie słusznym krokiem - stwierdza.

Jego zdaniem, przyczyną coraz częstszych niedoborów zatrudnienia są wyjazdy Polaków na zachód Europy. - Zarobki w kraju są kiepskie. Tylko jak firmy mają podnosić płace, jeśli narzuty wynikające z różnych danin i składek wynoszą ok. 50-54 proc. wynagrodzenia - dodaje Goliszewski. Uważa on, że zatrudnianie Rumunów czy Bułgarów nie poprawi sytuacji. Lepiej byłoby zreformować finanse publiczne tak, żeby obniżyć koszty zatrudniania polskich pracowników. Zdaniem Teresy Guzelf, dyrektor departamentu ubezpieczeń społecznych w resorcie pracy, na obniżenie pozapłacowych kosztów pracy nie pozwalają zbyt duże wydatki budżetu. - To, co wpływa do ZUS-u, nie starcza na wypłatę świadczeń. Ubezpieczenia społeczne muszą być dotowane - wyjaśnia. Jej zdaniem, masowe wyjazdy młodych Polaków za granicę jeszcze pogorszą tę sytuację. Podkreśla ona, że już teraz mamy największy odsetek rencistów w całej OECD, za to średni wiek emerytalny jest bardzo niski i wynosi poniżej 57 lat. - Lekiem na poprawę sytuacji jest zwiększenie aktywności zawodowej Polaków - uważa T. Guzelf. Jej resort prognozuje, że na koniec 2006 r. bezrobocie może spaść poniżej 15 proc. Jak na polskie warunki, byłby to wynik najlepszy od lat. Jednak w porównaniu z średnią europejską bezrobocie mamy wysokie. A mimo to coraz częściej firmy skarżą się na brak pracowników.

Z pomysłów rządu, aby ułatwić firmom zatrudnianie tańszej siły roboczej zza wschodniej granicy np. w sektorze budowlanym, niezadowoleni są przede wszystkim związkowcy. - Rząd chce wprowadzać te rozwiązania na życzenie największych firm - uważa Bogdan Grzybowski, przedstawiciel OPZZ.