Polska zaoferowała inwestorom japońskim dwie transze obligacji o łącznej wartości 85 mld jenów (567 mln euro, 2,19 mld zł). 60 mld jenów rząd chce pozyskać, sprzedając papiery dwudziestoletnie z kuponem 2,62 proc. Pozostałe 25 mld jenów dać mają "dziesięciolatki" z kuponem 2,06 proc. Termin emisji, którą organizują Daiwa i Nomura Securities, wyznaczono na 14 listopada.
To już piąte plasowanie tzw. "samurajów", jak popularnie nazywa się papiery denominowane w jenach, na rynku japońskim (pierwsze przeprowadzono w 2003 r.). Jednocześnie to druga i ostatnia sprzedaż polskich papierów w obcej walucie w tym roku. Pozyskane środki pójdą prawdopodobnie na bieżące finansowanie deficytu.
Ministerstwo Finansów szacowało najpierw, że emisja osiągnie 500 mln euro. Wartość transz podwyższono po "roadshow" w Japonii. Zdecydować mogły o tym korzystne spready - 17 i 18 pkt bazowych ponad rynkowe stawki Euroyen Libor. Do tej pory marże z "samurajów" (ale o krótszym terminie wykupu) sięgały 20, a nawet 30 punktów.
MF podkreślało, że emisja ta ma charakter benchmarkowy. Większe wpływy daje bowiem sprzedaż papierów na rynku euro (zwykle w styczniu). Zdaniem ekonomistów, Polska dobrze jednak robi, przypominając o sobie w Japonii. - Próbujecie dotrzeć do innego typu inwestorów - takich jak fundusze emerytalne i ubezpieczyciele. Japońskie instytucje trzymają papiery zwykle dłużej, przez co ich wycena dobrze odzwierciedla nastrój wobec emitenta - tłumaczy Luis Costa, analityk rynku obligacji w londyńskim ING.