Kiedy byłem mały, w PRL-owskiej wówczas telewizji leciał serial "Daleko od szosy". Byłem mały, więc mnie nie interesował i nie wiem, o czym był. Ale zapowiada się, że gdy będę stary, będę miał szansę obejrzeć go jeszcze raz w telewizji. Wygląda na to, że będzie on nadal aktualny. Wciąż bowiem jesteśmy "daleko od szosy", a dokładniej - autostrady.
Budowa dróg w RP przypomina jakąś niekończącą się błazenadę. Każda ekipa, która zabiera się do rządzenia, przynosi ze sobą pakiet pomysłów, jak przyspieszyć budowę autostrad. Jak odchodzi - widać, że propozycje były kiepskie. Pojawiają się następni mądrzy, którzy znowu proponują przyspieszenie. I tak w kółko - jak nie przymierzając - ciągłe oglądanie hitu końcówki lat sześćdziesiątych - "Czterech pancernych i psa".
Może ktoś mi wyjaśni, za co ci ludzie biorą pieniądze? Normalny człowiek, kiedy nie umie czegoś zrobić, to pyta innych, znajomych albo specjalistów. W przypadku państwa można to zrobić inaczej - wysyła się jednego faceta do państw, które z budowaniem autostrad sobie poradziły, tenże facet kupuje w księgarni zestaw odpowiednich przepisów, następnie tłumaczy się to i patrzy, gdzie u nas "jest coś nie tak".
Podejrzewam, że nasi włodarze i urzędnicy są zbyt ambitni, żeby dopuścić się tak ordynarnego zżynania. Po prostu: chcą samodzielnie wymyślić koło. Z drugiej strony nie bardzo są w stanie odkryć, co u nas "jest nie tak". A może wcale nie chcą - w sumie wszystko się kręci, coś tam się dłubie, a pensje na konta płyną. Nie ma więc powodu, aby szybko kończyć tę legislacyjną "Najdłuższą wojnę nowoczesnej Europy".