Taki jest ton pierwszych komentarzy po wyborczym "wtorku demokratów". Pozostająca od 12 lat w opozycji Partia Demokratyczna przejęła kontrolę nad izbą niższą Kongresu i prawdopodobnie także nad Senatem. Wygrała też większość wyścigów o fotele gubernatorskie w 36 stanach.
Jak za Clintona
Analitycy i politolodzy przytaczają jako koronny argument sześcioletni okres rządów Billa Clintona (1994-2000), w czasie którego prezydent musiał współpracować z republikańskim Kongresem. Był to nie tylko okres gospodarczej prosperity i świetnej koniunktury na Wall Street. Dzięki dwupartyjnemu kompromisowi udało się między innymi całkowicie zrównoważyć budżet i stworzyć perspektywę całkowitego zlikwidowania gigantycznego długu publicznego.
Wielu komentatorów sceny politycznej uważa, że wymuszona kohabitacja prezydenta George?a W. Busha z demokratycznym Kongresem zmusi oba obozy do poszukiwania dwupartyjnych kompromisów. Będzie to zwłaszcza widoczne podczas debat budżetowych. W amerykańskim systemie parlamentarnym nie wystarczy bowiem matematyczna przewaga 50 proc. i jeden głos. W Senacie do zamknięcia debaty nad kwestiami budżetowymi potrzebnych jest 60 głosów, a żadna partia nie miała od lat szans na osiągnięcie takiej większości. - Biorąc pod uwagę, że w izbie wyższej senatorzy często przekraczają linie partyjnych podziałów, a prezydent dysponuje skutecznym prawem weta, można spodziewać się prowadzenia przez Stany Zjednoczone odpowiedzialniejszej polityki fiskalnej - uważa Doug Roberts, były bankier Morgan Stanley Group i Sanford C. Bernstein & Co., prowadzący obecnie internetowy blog dla inwestorów FollowtheFed.com. - Rynki lubią, gdy władze wykonawcza i ustawodawcza znajdują się w rękach różnych ugrupowań - wtóruje John Davidson, prezes firmy inwestycyjnej PartnerRe Asset Management.
Spadki na Wall Street