I znowu było klasycznie: trzy dobre sesje, od piątku do wtorku, niejednego obserwatora przyprawiły o szybsze bicie serca. Optymizm w mediach stał się wręcz namacalny, a w prasie czy telewizji nierzadko można było spotkać dywagacje o rozwoju sytuacji na giełdzie, gdy WIG20 przekroczy historyczny szczyt na poziomie około 3350 pkt. Aby tradycji stało się zadość, rynek cofnął się więc, choć aktywność była mniejsza niż dzień wcześniej. To by wskazywało na korekcyjny charakter osłabienia, a zatem i rozważania o możliwym nowym szczycie indeksu największych spółek na GPW zyskiwałyby dodatkowe potwierdzenie.

Początek sesji był nieco nerwowy, na szczęście jednak gwałtowny zjazd indeksu do przekroczonego we wtorek oporu (nieco powyżej 3200 pkt) został powstrzymany. W dalszej fazie notowań okolice te były jednak testowane jeszcze wielokrotnie, coraz częściej w miarę zbliżania się godziny otwarcia giełdy amerykańskiej, co możemy uznać za przejaw obawy o kondycję tamtego rynku. Wczoraj bowiem tłem dla wszystkich wydarzeń giełdowych były wybory w Stanach Zjednoczonych. Istnieją rozbieżne opinie co do tego, jaki wpływ na rynki będzie miało przejęcie przez demokratów większości w Izbie Reprezentantów oraz, być może,

w Senacie. Do tej pory zwłaszcza

w drugim przypadku oczekiwano równowagi, więc wyraźne zwycięstwo którejś ze stron może znaleźć swoje odzwierciedlenie na parkietach.

Obserwacja oczekiwań i obaw Amerykanów potwierdza przy okazji starą prawdę, że finanse lubią nade wszystko święty spokój: pat polityczny w Senacie miałby taki skutek, że ani republikanie, ani demokraci nie byliby w stanie przeforsować decyzji, mogących zaszkodzić gospodarce (inna sprawa, czy taki stan zawieszenia na dłuższą metę byłby korzystny). Wydaje się jednak, że reakcja na wynik tamtejszych wyborów, jakikolwiek by on był, będzie krótkotrwała albo nie będzie jej wcale, a w związku z tym wykonywanie nerwowych ruchów, zwłaszcza w odległej bądź co bądź Polsce, nie wydaje się najrozsądniejszym rozwiązaniem.