- Wyszedłem właśnie ze szpitala, żeby spotkać się z panem.
- Czy chciałby pan mi powiedzieć, co się stało?
Było widać, że wiele go to kosztowało, ale bardzo potrzebował opowiedzieć o swojej historii. Powiedział, że mój klient kilka razy mówił do niego, np. "Jesteś kompletnym idiotą"; "Co za praca. Czy nadajesz się tylko do śmiecenia?", "Polska to gorzej niż dziki wschód, to kokosowa republika"; "Czy w swojej logice masz tyle dziur, co w polskich drogach?"; "U nas w kraju, u nas w kraju. Czy masz tylko te bzdury na ustach? Musisz więcej przebywać za granicą i otworzyć się".
Na początku nie wierzyłem w to, co usłyszałem od niego. Czy mój klient był takim potworem? Przecież kiedy go widywałem był zawsze uśmiechnięty i radosny. Lubił się śmiać, lubił zjeść, lubił pić dobre wina. Chwalił Polskę, choć w tej kwestii najlepiej mu wychodziło opisywanie uroków Polek... Dla mnie zawsze był bardzo miły, ale właśnie przypomniałem sobie, że prawdziwą twarz ludzi poznajemy dopiero w sytuacji kryzysowej. W tym momencie kandydat przerwał moje przemyślenia i dodał:
- To, że się często unosimy, wszyscy Polacy, wiedzieliśmy od początku. Tylko że biznes szedł wyśmienicie. Wybuchał, ale potrafił prosić o wybaczenie. Mówił straszne rzeczy, ale zawsze miał taki gest, żeby to zrekompensować. Pogorszyło się to od początku roku, kiedy nowa ustawa przyniosła dla nas fatalne konsekwencje. Ja mocno się angażuję. Bardzo się przejmuję. Nie potrafiłem tego znieść. Stres mnie zniszczył. Lekarze odkryli u mnie guz. Jestem bez pracy. Mam prawo do odszkodowania, bo tyle poświęciłem dla tej firmy.
- Nie udało mi się powstrzymać go. Wygrał sprawę w sądzie i dostał porządną odprawę. Guz okazał się niezłośliwy. Ale do tej pory nie odbił się w karierze. Jakby cała ta sprawa nadal go pogrążała. Mój klient dostał ostrzeżenie, ale w końcu został promowany. Wyjechał do Ameryki Południowej, a ostatnio przeszedł na szczęśliwą emeryturę, żyjąc na wyspach tropikalnych.