Z dużej ilości podanych wczoraj w USA danych uwagę przyciągały nie te o inflacji (choć wysunęły się na czoło serwisów informacyjnych), ale o sprzedaży detalicznej. Po wyłączeniu samochodów ta ostatnia zwiększyła się w październiku jedynie o 3,1 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2005 r. Jeszcze trzy miesiące temu wzrost wyraźnie przekraczał 8 proc. Podobne załamanie obserwowaliśmy na przełomie 2000 i 2001 r. Tym razem w sporym stopniu jest pochodną mniejszych wydatków na stacjach benzynowych. I to różni obecną
sytuację z tą z przełomu 2000 i 2001 r. Wtedy wydatki na paliwo wyraźnie rosły. W tym można upatrywać odporności amerykańskiej giełdy na tak drastyczne zmniejszenie się dynamiki. Równocześnie uwagę zwracał dalszy spadek tempa wzrostu sprzedaży materiałów budowlanych, który wyniósł zaledwie 1,8 proc. Na początku roku przekraczał 17 proc. Ta grupa dóbr ma ok. 8-proc. udział w ogólnej sprzedaży. Udział paliw obniżył się w październiku z ponad 10 proc. w połowie roku do 8,6 proc. w październiku.
W takich danych o sprzedaży detalicznej inwestorzy mogą przy obecnych dobrych nastrojach nie znajdować powodów do zbytniego pesymizmu. Pieniądze wydawane na stacjach benzynowych mogą zostać przeznaczone na kupno innych towarów. Tak też chyba odebrali wczorajsze informacje inwestorzy giełdowi oraz z rynku walutowego. S&P 500 spadał w pierwszej czźści sesji niewiele, a dolar osłabił siź jedynie chwilowo po publikacji danych, a ostatecznie nieco zyskał wobec euro. Stało siź tak mimo spadku 12- -miesiźcznego wskaęnika PPI poniżej zera (stało siź tak pierwszy raz od 4 lat), a po pominiźciu cen paliw i żywności do zaledwie 0,6 proc. Ograniczoną reakcjź inwestorów tłumaczy też fakt, że w ogólnych wydatkach konsumenckich sprzedaż detaliczna stanowi mniej niż połowź (ok. 46 proc.). Wydatki konsumenckie to zaś 70 proc. amerykańskiego PKB.
Równocześnie szybki spadek inflacji powinien wzmagać obawy o osłabienie tempa wzrostu zysków przedsiębiorstw.