Zwyżka amerykańskich indeksów zdaje się całkowicie przeczyć nieustannym doniesieniom o słabnącym tempie wzrostu amerykańskiej gospodarki. Być może faktycznie optymistyczne nastroje panujące na parkietach za oceanem są przesadzone i w którymś momencie nadejdzie nieuchronna korekta. Z drugiej strony, zachowanie amerykańskich indeksów jest przynajmniej w pewnym stopniu uzasadnione, jeśli porównać je z wykresem rocznej zmiany indeksu wskaźników wyprzedzających LEI. Według opublikowanych właśnie danych roczny wzrost LEI wyniósł w październiku 1 proc. Dla giełdy ważna jest nie tyle sama ta wartość, co tendencja i kierunek zmian. Najniższy poziom w tym roku roczna zmiana LEI osiągnęła w sierpniu (blisko zero) po kilku miesiącach spadku. Co ciekawe, roczna dynamika S&P 500 minimum osiągnęła mniej więcej w tym samym czasie - w lipcu (3,4 proc.). Od tego czasu rośnie. Zachowanie obu wskaźników zdaje się sugerować, że najgorsze gospodarka ma za sobą.
Z punktu widzenia analizy technicznej fala wzrostowa S&P 500 trwająca od lipca nie jest niczym wyjątkowym na tle ostatnich trzech lat. Od połowy 2003 r. indeks porusza się w dość regularnym cyklu, w którym fale wzrostowe trwają średnio pół roku. Każda z nich podciąga indeks na nowe długoterminowe szczyty. Po zakończeniu każdej z tych fal dochodzi do kilkumiesięcznej silnej korekty, która zabiera dużą część wcześniejszej zwyżki. Dotychczas były już cztery tego rodzaju fale wzrostowe. Jeżeli obecne wzrosty są piątą falą i powtórzy się dotychczasowy scenariusz, w ciągu kilku miesięcy można się spodziewać silnej korekty spadkowej. Ponieważ nie upłynęło jeszcze pół roku od rozpoczęcia zwyżki, to być może amerykański rynek "załapie się" jeszcze na tradycyjny efekt św. Mikołaja.
Analogie z przeszłością widać także w przypadku Nasdaqa Composite. Fala wzrostowa indeksu jest niemal repliką trendu rozpoczętego w lecie 2004 r. i zakończonego silną przeceną w styczniu 2005 r.