Amerykański rynek z jednej strony wytracił w ostatnich tygodniach impet zwyżkowy. Czterotygodniowa zmiana to tylko 2,3 proc. Jednak patrząc z drugiej strony, wciąż bardzo mocno się trzyma. Od czerwcowego dołka minęło 113 sesji. W tym czasie S&P 500 zyskał 14,5 proc. Po upływie takiego czasu w przypadku trzech wcześniejszych fal zwyżkowych S&P 500 zyskiwał 9,8 proc. (licząc od dołka z sierpnia 2004 r.), 6,9 proc. (od ustanowienia minimum w kwietniu 2005 r.) oraz 11 proc. (w trakcie wzrostu rozpoczętego pod koniec października 2005 r.). To pokazuje, że w jakimś sensie narasta nadzwyczajność obecnej sytuacji, a kolorytu jej nadają kolejno napływające informacje wzmagające obawy o kondycję amerykańskiej gospodarki w następnych miesiącach. Reagują na nie zarówno rynek towarów, jak i obligacji, ale akcje trzymają się bardzo mocno.
Można to wiązać ze znakomitą passą amerykańskich spółek, których zyski konsekwentnie zwiększają się w kolejnych kwartałach w dwucyfrowym tempie. Ta seria została wydłużona w III kwartale do 18, jeśli chodzi o zysk operacyjny na akcję. Poprzednim sezonom publikacji wyników towarzyszyły obawy, że to ostatni tak dobry okres. Potem okazywały się one przesadzone i rynek szedł dalej w górę. Teraz najwyraźniej inwestorzy postanowili nie martwić się na zapas. Wymowne jest to, że dwumiesięczny okres przed i po rozpoczęciu publikacji wyników za III kwartał (czyli czas między 12 września a 7 listopada) był najlepszym takim okresem od przekazywania przez spółki sprawozdań za IV kwartał 2003 r. To porównanie jest również potwierdzeniem dużego optymizmu cechującego aktualnie inwestorów. Widać go również w ankiecie Investor?s Intelligence, wykazującej gwałtowny spadek liczby osób zajmujących się pisaniem biuletynów inwestycyjnych, w której oczekują spadku na giełdzie.
To wszystko pozwala przypuszczać, że obecna na dziennym MACD negatywna dywergencja znajdzie swoje potwierdzenie w przebiegu zdarzeń na parkiecie. To oznaczałoby, że S&P może wzrosnąć jedynie kosmetycznie.