Oczekiwałem zupełnie innego przebiegu wczorajszej sesji. Indeksom od rana sprzyjało zachowanie zagranicznych parkietów. Począwszy od rynków amerykańskich, poprzez emerging markets za oceanem, a na azjatyckich indeksach skończywszy. Do tego dochodziły kolejne wzrosty notowań ropy oraz wciąż dobre nastroje wokół walut rynków wschodzących. Część z tych optymistycznych czynników GPW zdyskontowała już w środę, ale mimo to atmosfera sprzyjała wzrostom.
Tyle tylko, że większość inwestorów przestraszyła się bliskości silnych oporów na WIG20, jakim jest obszar między ostatnim lokalnym szczytem a szczytami hossy z maja tego roku. W ich atakowaniu nie pomogły nawet tak świetne dane, jak 5,8-proc. dynamika PKB w III kw. i towarzyszący temu
19,8-proc. wzrost inwestycji. To ostatnie przekłada się na trwałość tego wzrostu, a przy tym nie wywołuje presji inflacyjnej. Rada będzie musiała wziąć to pod uwagę, choć oczywiście wszyscy wiedzą, że hydra inflacji musi w końcu podnieść głowę. Jednak inwestorzy na GPW nie są przyzwyczajeni do pokrętnej interpretacji stosowanej często w USA (im lepsze dane, tym gorzej dla akcji, bo będą podwyżki stóp), więc brak pozytywnej reakcji na tę publikację nie świadczy dobrze o bykach.
Większe zamieszanie wprowadziły na rynku amerykańskie dane o wydatkach i dochodach osobistych, indeksie cen PCE oraz liczbie wniosków od bezrobotnych. Na pierwsze miejsce wysunęło się rozczarowanie indeksem cen PCE, który wzrósł o 0,2 proc. wobec oczekiwanych 0,1 proc. Wprawdzie ostatnio mieliśmy sporo sygnałów tonujących obawy o wzrost inflacji, ale każde napięcie inflacyjne
rynek dalej odbiera nerwowo.