Wzrost WIG20 na tle europejskich indeksów czy rynków naszego regionu wyglądał wczoraj co najmniej dziwnie. Tym bardziej, jeśli przypomnieć sobie piątkowy odczyt indeksu ISM. Okazuje się, że do rozpoczęcia takiego ruchu wystarczy jedna rekomendacja CAIB, w której analitycy zalecili kupno akcji PKO BP i o 10 zł podnieśli cenę docelową.
Nie pamiętam już analizy, która takim głośnym echem odbiłaby się na rynku i wprowadziła inwestorów w stan euforii. Najmocniej udzielało się to oczywiście akcjonariuszom spółki, której rekomendacja dotyczyła. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że udział PKO BP w WIG20 wynosi aż 14,15 proc., a cały sektor bankowy, zawsze w takich sytuacjach zmuszony do gonienia wycen bankowego lidera, ma w sumie aż 39 proc. udział, wystarczy ustawić notowania tej jednaj spółki, a losy WIG20 stają się przesądzone.
Bardzo trudno oceniać taką jedną sesję. Poza sektorem bankowym rynek praktycznie nie istniał, co nie pozwala rozwiązać dylematu, czy pokonywanie obszaru oporu między ostatnim listopadowym szczytem a szczytami całej hossy było tak proste ze względu na siłę popytu, czy to jedynie zasługa bierności podaży. Ocenę dodatkowo komplikuje również zachowanie funduszy wykorzystujących arbitraż. Mimo okazji do zamknięcia części pozycji na rynku nie było niemal żadnych "koszykowych zleceń". A pamiętajmy, że do trzeciego piątku miesiąca, czyli do dnia wygaśnięcia grudniowej serii, pozostało zaledwie 9 sesji. Liczba otwartych pozycji przekracza na tej serii 66 tys.
Daleki przy tym jestem od straszenia lawiną koszykowych zleceń sprzedaży. Wrześniowa seria świetnie pokazała, że fundusze nie muszą za wszelką cenę ewakuować się z rynku terminowego, wystarczy jedynie zrolować część pozycji na kolejną serię. Oczywiście zawsze pozostaje wątpliwość, czy równie bezboleśnie da się to przeprowadzić w momencie, gdy liczba otwartych pozycji jest o 20 tys. wyższa, a obroty na rynku terminowym istotnie się nie zmieniły, oraz czy fundusze nie będą
tym razem chętniejsze do wyczyszczenia kont przed końcem roku.