Euro. Temat rzeka, szczególnie ostatnio. Nasiliły się bowiem głosy tych, którzy tak nie do końca wiedzą, czy chcą przyjąć wspólną walutę. A jeśli chcą, to może niekoniecznie jak najszybciej. Co jednak najciekawsze, najostrzejszy podział występuje wśród polityków, głównie radykalnie prawicowych, którzy mówią o utracie suwerenności przez Polskę. Wejście do Unii także miało nas jej pozbawić, ale jakoś niezadowolonych nie widać. Oczywiście, niechętnych wejściu do strefy euro ekonomistów też mamy, ale raczej w mniejszości. W każdym razie jeśli wypowiadają się głośno, to stosunkowo rzadko.
Czy sama strefa euro okaże się sukcesem, czas pokaże. Wielu ekonomistów, ze zmarłym niedawno Miltonem Friedmanem na czele, sceptycznie podchodziło do koncepcji wspólnej waluty. Ale, o czym zresztą Friedman w jednym z wywiadów mówił, nie oznacza to, że kraje typu Polska czy Czechy nie powinny euro przyjmować. To zupełnie inna sprawa. Na razie nasze gospodarki wciąż są daleko w tyle w stosunku do Niemiec czy Francji. Jeśli strefa euro przetrwa jeszcze na przykład dwadzieścia lat, a my w niej będziemy piętnaście, to te piętnaście mogą być odczuwalnie lepsze w strefie niż poza nią.
W przypadku Polski tematu wchodzić czy nie w ogóle nie powinno być. Przy czym nie mam tu na myśli bilansu zysków i strat. Musimy wejść do strefy euro, bo takie podpisaliśmy zobowiązanie. Z tym że najpierw musimy spełnić kryteria z Maastricht.
Jednak dyskusje przesłaniają nam pewien problem. Przyjęliśmy bowiem, że strefa euro chce nas jak najszybciej i z całym dorobkiem inwentarza. Tymczasem ostatnie wypowiedzi niektórych polityków z krajów strefy, czy też przedstawicieli EBC, niekoniecznie na to wskazują. W każdym razie z pewnością taryfy ulgowej nie będzie, co dobitnie pokazał przykład Litwy.
Litwa sprężyła się bowiem, przeprowadziła reformy. W przeciwieństwie do nas. Ktoś powie: mały kraj, więc jest im łatwiej. Z pewnością to prawda. Nie zmienia to jednak faktu, że mogliśmy zrobić to samo. Tak czy inaczej Litwa ogłosiła, że spełnia kryteria z Maastricht. Jak się jednak okazało, tak się jej tylko wydawało. Skrupulatne pomiary unijnych speców wykazały bowiem, że w rzeczywistości litewskie CPI przekroczyło "dopuszczalne normy" o całe? 0,06 punktu proc. Jednak najbardziej kuriozalne jest to, że niespełnienie kryterium inflacyjnego Litwa zawdzięcza Polsce, kraju o najniższej inflacji w całej UE. A jak wiadomo, poziom odniesienia to średnia inflacji w trzech najlepszych pod tym względem krajach Unii.