Niegdysiejszy król polskich portfeli i obiekt pożądania ciułaczy, amerykański dolar, zbladł ostatnio, aż miło. Właściwie niby nic sensacyjnego, bo przecież co niektórzy scenariusz równi pochyłej dla dolara zakładali jeszcze w 2005 r. Ale tempo dolarowej "zwałki" w drugiej połowie listopada musiało zrobić wrażenie. Bo zakładany na 2007 r. scenariusz osłabienia dolara do euro do poziomu 1,35 rynek niemal zrealizował w listopadzie 2006 r.
Chciałbym zwrócić uwagę na kilka spraw, które mogą stać się potencjalnym wsparciem dla wyblakłego zielonego. Ot, choćby na to, że to, co było i jest wielkim ciężarem, pod którym ugina się dolar - stan amerykańskiego budżetu, a szerzej: finansów publicznych - może się jednak poprawić. Relatywna skala deficytu budżetowego bowiem zmniejszała się w ciągu ostatnich kilku lat, a wygrana demokratów w niedawnych wyborach może proces ten wzmocnić. Można też spodziewać się, że po kompromitacji w Iraku i w kolejnym roku niemal beznadziejnej wojny w Afganistanie Kongres nie będzie już tak chętny do wydawania kosmicznych kwot na cele wojskowe. Nie sądzę, by Amerykanie mogli wycofać się w ogóle z tych kosztownych wojen, ale - wobec osamotnienia tracącego wiarygodność prezydenta Busha i właśnie na przekór jego sloganom - można spodziewać się prób ograniczenia kosztów militarnych. Z racji ogromnej skali tych wydatków ich ograniczanie zmniejszałoby deficyt budżetowy. To zaś amortyzowałoby prawdopodobne przecież zmniejszenie dochodów podatkowych, które - logicznie rozumując - winno być efektem spodziewanego osłabienia koniunktury w USA.
Słaby dolar to mocne euro. To zaś automatyczne zwiększenie restrykcyjności polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego. No i - w konsekwencji - możliwa mniejsza determinacja w dalszym podnoszeniu stóp EBC. A to trochę jednak osłabia perspektywę zmniejszania zróżnicowania (dysparytetu) nominalnych stóp w USA i strefie euro.
Nie bez znaczenia jest także fakt, że mocne euro uderza w europejskich eksporterów. Walutowo "biedniejszym" Amerykanom trudniej będzie teraz sprzedać np. niemieckie samochody, które stać się mogą dla nich droższe. To zaś oznacza możliwie mniejszy popyt na import spoza USA i dodatkową przesłankę poprawy amerykańskiego bilansu handlowego. W ten sposób mocne euro może także hamować i tak dość umiarkowane (mówiąc delikatnie) tempo ożywiania koniunktury w strefie euro. Myślę, że i dla EBC stawka jest zbyt wysoka, by ignorować zagrożenia dla koniunktury wynikające z kombinacji drożejącego kredytu i umacniającej się waluty.
Większy dystans do ostatnich wydarzeń zapewnia spojrzenie na dłuższy horyzont globalnej przepychanki walutowej. W ciągu jedenastu miesięcy 2006 r. dolar stracił jakieś dwanaście procent wobec euro. Sporo, ale trzeba przypomnieć, że w ciągu ostatnich pięciu lat strata ta sięgnęła już ok. 50 proc. Ba, nie tak dawno, bo w 2003 r. dolar stracił wobec euro więcej niż w tym roku, bo 20 proc. Wychodzi więc na to, że w ostatnich tygodniach obserwowaliśmy tylko kolejny epizod w długoterminowym trendzie, od którego wyjątkiem był 2005 r. (gdy rosnące szybko i spektakularnie stopy w USA wspierały dolara). Epizod był gwałtowny, co nie zmienia faktu, iż trzeba pamiętać, że żaden trend nie jest wieczny.