Reklama

Trend nie jest wieczny

Tempo dolarowej "zwałki" w drugiej połowie listopada musiało zrobić wrażenie

Publikacja: 12.12.2006 08:05

Niegdysiejszy król polskich portfeli i obiekt pożądania ciułaczy, amerykański dolar, zbladł ostatnio, aż miło. Właściwie niby nic sensacyjnego, bo przecież co niektórzy scenariusz równi pochyłej dla dolara zakładali jeszcze w 2005 r. Ale tempo dolarowej "zwałki" w drugiej połowie listopada musiało zrobić wrażenie. Bo zakładany na 2007 r. scenariusz osłabienia dolara do euro do poziomu 1,35 rynek niemal zrealizował w listopadzie 2006 r.

Chciałbym zwrócić uwagę na kilka spraw, które mogą stać się potencjalnym wsparciem dla wyblakłego zielonego. Ot, choćby na to, że to, co było i jest wielkim ciężarem, pod którym ugina się dolar - stan amerykańskiego budżetu, a szerzej: finansów publicznych - może się jednak poprawić. Relatywna skala deficytu budżetowego bowiem zmniejszała się w ciągu ostatnich kilku lat, a wygrana demokratów w niedawnych wyborach może proces ten wzmocnić. Można też spodziewać się, że po kompromitacji w Iraku i w kolejnym roku niemal beznadziejnej wojny w Afganistanie Kongres nie będzie już tak chętny do wydawania kosmicznych kwot na cele wojskowe. Nie sądzę, by Amerykanie mogli wycofać się w ogóle z tych kosztownych wojen, ale - wobec osamotnienia tracącego wiarygodność prezydenta Busha i właśnie na przekór jego sloganom - można spodziewać się prób ograniczenia kosztów militarnych. Z racji ogromnej skali tych wydatków ich ograniczanie zmniejszałoby deficyt budżetowy. To zaś amortyzowałoby prawdopodobne przecież zmniejszenie dochodów podatkowych, które - logicznie rozumując - winno być efektem spodziewanego osłabienia koniunktury w USA.

Słaby dolar to mocne euro. To zaś automatyczne zwiększenie restrykcyjności polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego. No i - w konsekwencji - możliwa mniejsza determinacja w dalszym podnoszeniu stóp EBC. A to trochę jednak osłabia perspektywę zmniejszania zróżnicowania (dysparytetu) nominalnych stóp w USA i strefie euro.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że mocne euro uderza w europejskich eksporterów. Walutowo "biedniejszym" Amerykanom trudniej będzie teraz sprzedać np. niemieckie samochody, które stać się mogą dla nich droższe. To zaś oznacza możliwie mniejszy popyt na import spoza USA i dodatkową przesłankę poprawy amerykańskiego bilansu handlowego. W ten sposób mocne euro może także hamować i tak dość umiarkowane (mówiąc delikatnie) tempo ożywiania koniunktury w strefie euro. Myślę, że i dla EBC stawka jest zbyt wysoka, by ignorować zagrożenia dla koniunktury wynikające z kombinacji drożejącego kredytu i umacniającej się waluty.

Większy dystans do ostatnich wydarzeń zapewnia spojrzenie na dłuższy horyzont globalnej przepychanki walutowej. W ciągu jedenastu miesięcy 2006 r. dolar stracił jakieś dwanaście procent wobec euro. Sporo, ale trzeba przypomnieć, że w ciągu ostatnich pięciu lat strata ta sięgnęła już ok. 50 proc. Ba, nie tak dawno, bo w 2003 r. dolar stracił wobec euro więcej niż w tym roku, bo 20 proc. Wychodzi więc na to, że w ostatnich tygodniach obserwowaliśmy tylko kolejny epizod w długoterminowym trendzie, od którego wyjątkiem był 2005 r. (gdy rosnące szybko i spektakularnie stopy w USA wspierały dolara). Epizod był gwałtowny, co nie zmienia faktu, iż trzeba pamiętać, że żaden trend nie jest wieczny.

Reklama
Reklama

Tekst wyraża poglądy autora.

Pioneer Pekao Investment Management

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama