Za nami 130 sesji od ustanowienia przez S&P 500 czerwcowego dołka. W tym czasie indeks zyskał przeszło 16 proc. Jest to więc najsilniejsza fala zwyżkowa w ostatnich trzech latach. Taki obrót spraw musi zaskakiwać i jednocześnie skłaniać do rozwagi. Co prawda obawy przed ochłodzeniem koniunktury gospodarczej towarzyszyły inwestorom także wcześniej. Tym razem jednak mamy namacalne dowody, że stan gospodarki amerykańskiej pogarsza się. Co prawda spowolnienie obejmuje w tej chwili jedynie wybrane obszary (rynek nierucho-

mości, w mniejszym stopniu wydatki konsumenckie oraz przemysł), ale groźba przeniesienia się na inne sfery jest realna. Inwestorzy na razie jednak nic sobie z tego nie robią. To potwierdza szanse na dotrwanie w niezłej kondycji do końca roku. To oznaczałoby wyrównanie pod względem czasu trwania najdłuższego ruchu w górę. Rozpoczęta w sierpniu 2004 r. zwyżka przeciągnęła się na 143 sesje. Zauważalne w ostatnich tygodniach zwolnienie tempa wzrostu - od szczytu z 26 października S&P 500 zyskał ok. 2,6 proc. - nie pozwala przy tym spodziewać się istotnych zysków. Skłania raczej do traktowania tych sesji jako dalszej części procesu tworzenia lokalnego szczytu. Przypomnijmy, że wszystkie symptomy charakterystyczne dla końcowych faz wzrostu z ostatnich 3 lat wystąpiły już pod koniec października.

Dolar szybko odrabia straty z drugiej połowy listopada. Coraz więcej wskazuje też na odwrócenie tendencji na rynku obligacji. Rentowność 10-latek właśnie przedostała się ponad jesienne dołki. Jeśli zdoła się w piątek utrzymać powyżej 4,58 proc. (w połowie sesji wynosiła 4,54 proc., ale stopniowo się podnosiła), to otrzymamy potwierdzenie takich przewidywań. Taki obrót spraw pokazywałby przy tym, że obawy przed inflacją wcale nie ustępują. Mimo początkowego zadowolenia z nieco niższego od oczekiwań wskaźnika listopadowej inflacji inwestorzy na pewno widzą, że bazowy wskaźnik w ujęciu rocznym pozostaję wciąż na niezbyt komfortowym z punktu widzenia władz monetarnych poziomie 2,6 proc.