Główne amerykańskie indeksy rozpoczęły czwartkowe notowania na poziomach zbliżonych do tych z zamknięcia dzień wcześniej. Tym samym opublikowane jeszcze przed sesją w USA dane o wzroście amerykańskiego PKB i deflatorze w III kwartale br. nie miały żadnych negatywnych reperkusji. Zmiana PKB, według ostatecznych danych, została skorygowana z wcześniej podawanych 2,2 proc. do 2 proc. Natomiast deflator (miara inflacji) wyniósł ostatecznie 1,9 proc., wobec 1,8 proc. szacowanych wcześniej. Ten brak reakcji na dane nie zaskakuje. Z jednej strony, to już raporty w pewien sposób historyczne. Z drugiej natomiast, od kilku dni przede wszystkim na DJIA i S&P 500 można zaobserwować stabilizację notowań. Jest prawdopodobne, że przeciągnie się ona aż do końca roku. Po prostu, mówiąc kolokwialnie, nikomu obecnie nie zależy na spadkach. Zwłaszcza zarządzającym dużymi funduszami, którzy już pewnie dzielą się premiami za stosunkowo dobry 2006 rok. Można więc oczekiwać, że dopiero styczeń przyniesie realizację zys-ków. I to nawet dość silną. Od ponad 5 miesięcy bowiem na Wall Street pewnie rządzą byki. W styczniu ten praktycznie nieprzerywany wiźkszymi korektami wzrost będzie trwał już pół roku. To musi wyzwolić przynajmniej silniejszą realizację zysków, która zniesie około jedną trzecią lipcowo-grudniowego wzrostu. W końcu znane giełdowe powiedzenie mówi, że drzewa nie rosną do nieba. Obecnie można się tylko zastanawiać, co stanie się pretekstem do wyprzedaży. Znając życie, prawdopodobnie nastąpi ona w najmniej oczekiwanym momencie, a wyzwalaczem spadków może być praktycznie wszystko. Począwszy od danych z amerykańskiego rynku nieruchomości, poprzez raporty o bezrobociu czy też inflacji, a na wynikach poszczególnych spółek kończąc. Z wymienionej grupy największym zagrożeniem wydają się dane z rynku nieruchomości. Zwłaszcza że właśnie ten czynnik wymienia Bank Światowy w swoim ostatnim raporcie jako największe zagrożenie nie tylko dla amerykańskiej, ale również światowej gospodarki. Warto więc uważnie śledzić te dane.