Jest wreszcie coś fajnego - ucieszyłem się, widząc na świątecznym kiermaszu choinkowe ozdoby ze słomy. Proste, tradycyjne, polskie aniołki, baranki, ptaszki... Wyróżniały się w potopie błyskotek i plastikowego kiczu rozchwytywanego przez tłum klientów. No i - co dla mnie istotne - na kiermaszu totalnie zdominowanym przez chiński import wreszcie trafiłem na coś polskiego. A przynajmniej tak mi się przez chwilę zdawało.
Słomiane ozdoby przypominały bowiem tradycyjną choinkę z dzieciństwa. Nie przypominały jej jednak zbyt długo. Praktycznie zawsze staram się sprawdzać producenta, wybierając dobre polskie towary, często nawet kosztem wyższej ceny. W przypadku rzeczonych słomianych aniołków chciałem jednak dowiedzieć się, jaka to polska firma je produkuje. Za ciekawość zapłaciłem rozczarowaniem. "Made in China". Groteskowo zminiaturyzowany napis sprowadził mnie na ziemię. Nie żeby aniołki jakoś przez to straciły swój sentymentalny urok. Ale jakoś tak dziwnie... No bo wychodzi na to, że już nawet aniołki zaczynają śpiewać po chińsku.
Azja, i oczywiście Chiny, to jeden z ważniejszych tematów moich zawodowych zajęć. Powód jest oczywisty - gigantyczny potencjał inwestycyjny tego regionu. Regionu, który zresztą - dzięki pojawieniu się dedykowanych mu funduszy - zaczął już pracować na korzyść także polskich inwestorów. Przy całym szacunku dla azjatyckiego rozmachu, widzę jednak także drugą stronę medalu. I nie o ryzyko dla Azji czy Chin tym razem chodzi.
Mam na myśli bardzo wymierne i często jednak niekorzystne konsekwencje chińskiej ekspansji dla krajów, takich jak Polska. Bo kupujemy sporo, a w zamian sprzedajemy bardzo niewiele. A sprzedajemy niewiele, bo trudno zaoferować Chińczykom coś takiego, czego oni nie umieliby wyprodukować. No, może poza samolotami, zaawansowanymi technologiami przemysłowymi i bronią (oczywiście, do czasu skopiowania...). Przy zrozumiałym coraz większym zainteresowaniu inwestowaniem w akcje chińskich firm można spodziewać się, że i bilans kapitałowy może się przechylić poważnie na stronę Chin.
Nie wiem, czy i kiedy tradycyjnego (importowanego?) karpia będziemy jedli pałeczkami. Mimo swojego entuzjazmu wobec rozkręcającego się nowego świata w Azji wolałbym jednak, żeby azjatycka ekspansja nie poszła aż tak daleko. Choćby dlatego, by i w Polsce pozostało cokolwiek, co można i opłaca się tu właśnie produkować. By były dzięki temu i zyski, i miejsca pracy. Wierzę, że jest to jak najbardziej możliwe. Pod warunkiem że politycy i decydenci nie spoczną na niezasłużonych laurach, przypisując sobie autorstwo rozdymanego propagandowo ożywienia koniunktury. Pod warunkiem że Polska, obżarta importowanymi smakołykami, oglądając zagraniczne filmy na azjatyckim sprzęcie, nie prześpi swojej niepowtarzalnej być może szansy. Do tego trzeba jednak zupełnie innych ludzi niż ci, którzy dziś wyglądają z pierwszych stron gazet. Może więc - przez analogię do niedawnych sukcesów zagranicznych trenerów - faktycznie sięgnąć po kogoś z importu?