Dyskusję o tym, czy ostatni rok był dobry - czy też nie - pozostawmy już politykom. Nikt z równym przekonaniem nie obroni tezy, że był to "najlepszy rok w historii gospodarki" (jeśli należy do rządzącej koalicji) albo że był to "dramatyczny rok zmarnowanych okazji" (jeśli jest członkiem opozycji). Natomiast my wszyscy gołym okiem widzimy, że był to rok mieszany: świetny pod względem odnotowanych wyników gospodarczych, kiepski pod względem postępu reform, które są niezbędne, by uczynić Polskę miejscem konkurencyjnym, przyjaznym dla inwestorów i atrakcyjnym do prowadzenia działalności.
Zastanówmy się raczej nad tym, co czeka nas w roku 2007? Przede wszystkim trzeba zauważyć, że nowy rok będzie zapewne kolejnym
rokiem dobrej koniunktury. Wbrew obawom czarnowidzów, jeśli przedsiębiorstwa
już raz zdecydowały się na inwestowanie, tak łatwo się nie zniechęcą.
Inwestycje rosnące w tempie kilkunastu procent wywołują poza tym efekty lawiny (które ekonomiści zwykli bardziej uczenie zwać efektami mnożnika i akceleratora), czyli pociągają za sobą kolejne inwestycje. Biorąc pod uwagę wysoki stopień wykorzystania zdolności produkcyjnych w polskim przemyśle należy też stwierdzić, że część firm nie ma wyboru - niezależnie od tego, czy podoba im się sytuacja, czy też nie, po to by zaspokoić rosnący popyt muszą zwiększyć możliwości produkcyjne, dokonując inwestycji.