Ostatnio zwyżka na rozwiniętych rynkach akcji straciła impet. Mimo że amerykański indeks S&P 500 nie oddalił się zbytnio od ostatnich szczytów, to równocześnie znajduje się praktycznie na poziomie
listopadowego maksimum. Przez półtora miesiąca zmieniło się więc niewiele. Być może szybka fala wzrostowa, z jaką mieliśmy do czynienia późnym latem i na jesieni, ma się ku końcowi. Silne spadki nie są jednak przesądzone. Bardziej prawdopodobna wydaje się płytka korekta. Wnioski takie potwierdza wykres 3-miesięcznej zmiany S&P 500. Od trzech lat wskaźnik ten można traktować jako doskonale sprawdzający się oscylator. Górną granicą jego wahań jest
poziom 11-11,5 proc., dolną zaś prawie minus 6 proc. Od początku 2004 r. na wykresie tego
wskaźnika wykreślone zostało pięć wyraźnych długoterminowych szczytów (na poziomie górnej granicy wahań lub niewiele poniżej) i cztery dołki. Ostatni szczyt przypadł na październik 2006 r. - to wówczas fala wzrostowa była najsilniejsza. Od tego czasu oscylator spadł do około 6 proc. Zgodnie z dotychczasowymi prawidłowościami, zniżka wskaźnika powinna jeszcze potrwać, aż zbliży się do dolnej strefy wahań. Ponieważ dolne wartości oscylatora są ujemne, to można oczekiwać, że rynek nie uchroni się przed korektą spadkową. Nadchodzące miesiące mogą okazać się niezbyt udane dla posiadaczy akcji, choć po zakończeniu korekty nadarzy się zapewne dobra okazja do zakupów.
Podobne wnioski dotyczą części rynków wschodzących. Przykładowo, trzymiesięczna zmiana brazylijskiego indeksu Bovespa sięgnęła 30 proc. To poziom porównywalny ze szczytem dynamiki z lutego ub.r. (32 proc.). Efektem był piątkowy silny spadek indeksu. Znalazł się on nieopodal przebitego w listopadzie maksimum zanotowanego przed majowym krachem. Jeżeli amerykańskie indeksy rzeczywiście stracą dobrą formę, to zniknie ostatni czynnik podtrzymujący rynki wschodzące, które na razie pozostają dość wrażliwe na przecenę surowców.