Korzystna sytuacja na dojrzałych parkietach kompensuje negatywny wpływ taniejących surowców na nasz rynek i szerzej na wszystkie emerging markets. Można odnieść wręcz wrażenie, że ostra przecena towarów to problem kilku spółek, których wyniki uzależnione są od ich cen, a nie sprawa postrzegania rynków wschodzących jako całości. Trochę to wygląda tak, jakby przez ostatnie lata idące w górę notowania surowców nie miały zbyt dużego przełożenia na kursy akcji na emerging markets, a ich popularność, wynikająca z wysokich stóp zwrotu, była zasługą zupełnie innych czynników. Bez wątpienia poprawa fundamentów rozwijających się gospodarek nie była wynikiem jedynie wyższych cen aluminium, miedzi czy ropy. Rządy wykonały dobrą robotę, zbijając inflację, redukując deficyty budżetowe. Sprzyjała też koniunktura na świecie, dzięki której łatwiej było znajdować odbiorców na własne towary. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że znaczący udział w strukturze sektorowej zarówno gospodarek, jak i giełd na emerging markets mają spółki powiązane z rynkiem surowców. Trwająca ich wyprzedaż znajdzie więc odbicie w wynikach finansowych, przełoży się też na to, że wyceny staną się mniej atrakcyjne.
Dopóki jednak na świecie utrzymują się dobre nastroje, inwestorzy nie chcą sobie zawracać głowy takimi wątpliwościami. Dlatego też w zniżce cen towarów widzą zagrożenia dla niektórych firm, ale też wiele pozytywów w kontekście kondycji całej globalnej gospodarki, możliwości ograniczenia presji inflacyjnej. Nasz rynek znów stał się mocniej powiązany z tym, co dzieje się na świecie. Zarówno WIG20, jak i indeks MSCI Emerging Markets od dobrych kilku tygodni krążą wokół szczytu z wiosny 2006 r. To symboliczny punkt odniesienia. Jego sforsowanie miało definitywnie wyeliminować obawy, że ostra przecena z maja i czerwca minionego roku niesie ze sobą jeśli nie zapowiedź rozpoczęcia trwalszych spadków, to kłopotów z kontynuacją hossy. Ostatni powrót zarówno WIG20, jak i MSCI EM poniżej wyznaczonej wiosną 2006 r. górki powoduje, że takiego rozwoju wypadków wciąż nie da się wykluczyć. Ich katalizatorem stałoby się osłabienie koniunktury na giełdach w USA, do którego mógłby się przyczynić nawrót obaw inflacyjnych albo przed zwalnianiem gospodarki.