Pilot na pewno nie, nawigator i drugi oficer mają wolne, a stewardesy brak. Tak mniej więcej wygląda sytuacja Polskich Linii Lotniczych LOT w kwestii kadr.

Od połowy listopada spółka nie ma prezesa. Krzysztof Kapis porządził zaledwie przez kilka miesięcy i został odwołany, bo niby nie miał wizji i strategii dalszego działania firmy. Trzeba wybrać nowego. To jednak nie jest łatwe zadanie, co pokazują kolejne posiedzenia rady nadzorczej spółki. Resort skarbu - główny akcjonariusz - chce obsadzić fotel prezesa swoim kandydatem. Załoga nie widzi w nim szefa, podobnie chyba jak i przedstawiciele syndyka masy upadłościowej Swissair, którzy kontrolują 25,1 proc. kapitału LOT-u. Jak długo będą jeszcze trwały negocjacje w tej sprawie, nie wiadomo.

Wiele osób związanych, z LOT-em nie ukrywa, że spółka Skarbu Państwa to dobrodziejstwo i przekleństwo w jednym. Pomocne, kiedy pusto w kasie. Koszmar, kiedy przychodzi do rządzenia i trzeba się podporządkować. Odkąd pamiętam, wyborom szefa LOT-u towarzyszyły polityczne rozgrywki i walka o obsadzenie na tym stanowisku swojego człowieka. Nie inaczej jest i tym razem. I każdy kolejny może być podobny.

Niewiele może zmienić nawet wejście spółki na GPW, planowane na przełom 2007 i 2008 roku. Skarb Państwa zachowa nad nią kontrolę i 51 proc. akcji. Rodzi się jednak pytanie: Gdzie wola ministrów powinna być zastąpiona zdrowym rozsądkiem? Czy taka obsada stanowisk z politycznego klucza nie stanowi zagrożenia dla samej spółki? Niestety, każdy kandydat i każdy minister, który go popiera, wierzą, że działają w słusznej sprawie i dla dobra firmy.