Od trzech miesięcy zmienność notowań na amerykańskim rynku jest bardzo niska. Wskaźnik ATR
z 4 tygodni w tym czasie balansuje między 0,63 proc. a 0,73 proc. Tak ograniczonych wahań przez tak długi czas nie było od połowy lat 90. Biorąc pod uwagę, że był to dobry okres do inwestowania w akcje, można byłoby z niskiej zmienności wysnuwać pozytywne wnioski. Równocześnie jednak nie sposób pominąć faktu, że w ostatnich 3 latach znaczący spadek zmienności bezbłędnie zapowiadał wyczerpywanie się potencjału zwyżkowego. Nie ma powodów, by sądzić, że tym razem jest inaczej. Tym bardziej że wzrost trwa już bardzo długi czas jak na "standardy" ruchów w górę obserwowanych w czasie hossy obecnej od wiosny 2003 r.
Nadal zaskakuje siła amerykańskiego parkietu, jeśli wziąć pod uwagę odczyty wskaźników wyprzedzających koniunktury. W grudniu 12-miesięczna zmiana poprawiła się tylko nieznacznie i wciąż pozostawała ujemna. Równocześnie w dół sunie 12-miesięczna średnia, co potwierdza niekorzystne zjawiska w gospodarce. W tych warunkach trudno oczekiwać dalszej wyraźnej zwyżki. Nadal kluczowym wsparciem jest 1406-1410 pkt, których przełamanie zapowiadałoby rozpoczęcie korekty wzrostu, trwającego od połowy czerwca
2006 r.
Coraz bardziej zróżnicowane jest zachowanie poszczególnych rynków wschodzących. O ile takie parkiety, jak Korea, Tajlandia czy Turcja, są poniżej poziomów sprzed roku, to giełdy w Rosji, Hongkongu, Meksyku są kilkadziesiąt procent ponad poziomem z drugiej połowy stycznia 2006 r. W efekcie trudno się dziwić niezdecydowaniu indeksu giełdowego obrazującego koniunkturę na emerging markets. MSCI EM od początku grudnia 2006 r. próbuje przebić się przez szczyt ustanowiony w maju minionego roku. Na przełomie ubiegłego i tego roku pokonał ten opór, ale wyprzedaż z pierwszej połowy stycznia sprowadziła go z powrotem poniżej niego. Ostatnie dni pozwoliły znów wyjść ponad ten poziom. W takiej sytuacji jednak trudno odczytywać to jako wskazanie przemawiające za kontynuacją hossy.