Sprawami głównego akcjonariusza Beef-Sanu Komisja Nadzoru Finansowego zajmuje się już od dawna. Strony korespondują na temat interpretacji przepisów. Zgody brak.
Dwa kluczowe artykuły
Kością niezgody są artykuły 73 i 74 ustawy o obrocie, które regulują przekraczanie progów 33 i 66 proc. głosów na walnym zgromadzeniu. Oba dotyczą Lucjana Pilśniaka, który w zeszłorocznej ofercie publicznej kupił 66,2 proc. akcji Beef-Sanu. Na podstawie art. 74 inwestor wnioskował, że musi ogłosić wezwanie na pozostałe akcje spółki lub sprzedać papiery, by zejść poniżej 66 proc. Kiedy wybrał to drugie, uważał, że wszystko jest już w porządku. KNF miała jednak inne zdanie. L. Pilśniak twierdzi, że to prawnicy Komisji przekonywali go, że powinien ogłosić jeszcze jedno wezwanie, by osiągnąć 66 proc. głosów. Nie chciał, lecz się ugiął. Taką ofertę złożył inwestorom w ostatni piątek. Wczoraj została ona skrytykowana przez KNF.
Chodzi o inne wezwanie
Komisja jest zdania, że po nabyciu akcji w ofercie publicznej Lucjan Pilśniak miał do wyboru dwa rozwiązania: ogłosić wezwanie na wszystkie pozostałe akcje Beef-Sanu lub zejść poniżej progu 33 proc. głosów. Za taką interpretacją opowiada się też Szymon Renkiewicz z kancelarii Gessel. - Wynika to z ustawy, choć nie wprost. Należy tu wziąć pod uwagę przepisy określające konsekwencje przekroczenia obu progów: 33 i 66 proc. głosów - dodaje. Dowodzi jednocześnie, że inna interpretacja mogłaby zostać uznana za sprzeczną z celem umieszczenia przepisów o wezwaniach w ustawie - ochroną akcjonariuszy mniejszościowych. Umożliwiałaby bowiem inwestorowi przejęcie kontroli nad spółką praktycznie bez wezwania. - Mógłby np. w wyniku oferty publicznej nieznacznie przekroczyć próg 66 proc. głosów (powiedzmy 66,1 proc.), następnie zbyć minimalną liczbę akcji (dajmy na to zejść do poziomu 65,9 proc. głosów), a potem ogłosić wezwanie na zaledwie 0,1 proc. akcji - tłumaczy S. Renkiewicz.