Ropa naftowa, gaz, obligacje, waluty, podatki i cła - to wszystko stało się bronią w toczonej bez przerwy globalnej polityczno-gospodarczej wojnie. Wojnie niewypowiedzianej, ale łatwo przechodzącej z fazy zimnej rozgrywki w fazę gorącą, gdy realnie zagrożone bywają interesy krajów. Szantaż surowcowy jest już na porządku dziennym. Paradoksalnie, upowszechnienie tego typu narzędzi umożliwia zachowanie kruchej równowagi sił. A właściwie - równowagi strachu. Taki polityczno-gospodarczy szantaż znamy w Polsce bardzo dobrze. Stosuje go bowiem w sposób coraz bardziej agresywny Rosja.
Niestety, tu o równowadze strachu nie ma mowy. Trudno bowiem mówić, by poza desperackimi gestami politycznymi (np. blokowania rozmów i porozumień UE - Rosja), nasze państwo dysponowało realnym straszakiem w sporach z Moskwą. Pieniądze pieniędzmi, ale trudno liczyć, by Rosjanie rozpaczali z tytułu utraty dochodów po ewentualnym przykręceniu naftowego czy gazowego kurka. W naszym wypadku jedynym wyjściem z sytuacji jest więc słynna już dywersyfikacja źródeł, pozostająca jednak na razie wyłącznie politycznym hasłem. Są jednak na świecie sytuacje, w których śmiało można mówić o wspomnianej równowadze strachu. Tak jest choćby w relacjach zachodniej Europy z Rosją. Tu bowiem Rosjanie mają już bowiem sporo do stracenia i agresywne zachowania są mniej prawdopodobne niż w przypadku zupełnie inaczej traktowanej Polski.
W pewnym sensie równowagę strachu obserwujemy również w skomplikowanym, symbiotycznym układzie USA - Chiny. Amerykanie, żeby sfinansować swój deficyt budżetowy i obsługiwać olbrzymi dług publiczny, sprzedają gigantyczne ilości obligacji. Jednym z kluczowych nabywców tych papierów w ciągu ostatnich lat stały się Chiny, generujące każdego roku spektakularne nadwyżki w handlu zagranicznym. Te same Chiny, które - przez masowy eksport swoich tanio produkowanych i tanio sprzedawanych towarów - w istotny sposób przyczyniają się do poważnejnierównowagi w amerykańskich finansach. I to właśnie owa nierównowaga w handlu z Chinami coraz bardziej irytuje Amerykanów. Niemal na każdym kroku naciskają na urealnienie sztucznie zaniżanego kursu juana, wspomagającego chiński dumping na światowym rynku. Chińczycy odpowiadają kurtuazyjnym zapewnieniem, że idą w kierunku większej elastyczności kursu. I prawdę mówiąc, poza symbolicznymi decyzjami, nie robią nic. Wiedzą, że Amerykanie zdają sobie sprawę, jak ryzykowna byłaby ostrzejsza forma nacisku na Pekin. Bo Chiny jednak kupują amerykańskie samoloty i płacą tamtejszym firmom za budowę elektrowni. A pewnie będą kupować coraz więcej, co przy skali chińskiej gospodarki czyni z nich partnera, którego niekoniecznie opłaca się drażnić. Na dodatek, może teraz jeszcze trochę na wyrost, można powiedzieć, że USA są zakładnikiem własnych obligacji.
Jeśli uświadomimy sobie, że to właśnie Chiny są właścicielem największych rezerw na świecie (około 1,2 bln), to widzimy, że Chińczycy mają w ręku potencjalnie bardzo niebezpieczną broń. Wyobraźmy sobie bowiem taki hipotetyczny scenariusz - w retorsji za wprowadzenie jakichś sankcji przez USA Chiny decydują się sprzedać amerykańskie papiery ze swego gigantycznego portfela. Rynek musiałby doznać szoku. Co więcej, taka decyzja Chińczyków mogłaby sprowokować inne banki centralne i tysiące instytucji finansowych do analogicznych kroków, co musiałoby pogłębić załamanie na rynku i jeszcze bardziej pogorszyć sytuację emitenta. Ceny musiałby spaść, a rentowność wzrosnąć, stawiając w fatalnej sytuacji zmuszony do ciągłego refinansowania rząd USA.
Olbrzymie znaczenie miałby przy tym efekt walutowy - gremialna wymiana dolarów na rynku (zapewne na euro) musiałaby prowadzić do spadku notowań amerykańskiej waluty. Co w ograniczonej skali sprzyja eksportowi i uderza w import, ale w dłuższej perspektywie mogłoby mieć fatalne konsekwencje. Na szczęście dla świata (nie tylko dla świata finansów), scenariusz taki nie jest wcale tak łatwy do realizacji. Takie hipotetyczne zatopienie rynku amerykańskich obligacji uderzyłoby wszak w samych Chińczyków, prowadząc do spadku wartości ich portfela rezerw. Destabilizacja rynków mogłaby prowokować negatywne wydarzenia w sferze realnej gospodarki światowej i zmniejszyć popyt na chińskie towary. Podobnie jak w przypadku potencjalnego konfliktu nuklearnego, rozpoczęcie takiej otwartej wojny gospodarczej na szeroką skalę miałoby olbrzymie konsekwencje nie tylko dla celu, ale i dla inicjatora ataku. Rykoszet w takiej bitwie mógłby okazać się zabójczy także dla innych gospodarek. Dlatego, paradoksalnie, globalne prężenie gospodarczych muskułów i kreowana w ten sposób równowaga strachu nie są wcale takie złe.