Jeżeli syndyk masy upadłości Laboratorium Frakcjonowania Osocza (LFO) w Mielcu jeszcze w tym roku wystawi przedsiębiorstwo na sprzedaż w publicznym przetargu, Bioton nie weźmie w nim udziału - powiedział wczoraj prezes spółki Adam Wilczęga. Stanie się tak dlatego, że zdaniem szefa Biotonu, nie ma szans, aby do tego czasu Ministerstwo Zdrowia przedstawiło program zaopatrzenia kraju w produkty krwiopochodne. Tym mniej możliwe jest, by zorganizowało przetarg na dostawcę takich produktów i wybrało jedną firmę. Ogłaszając chęć zajęcia się zupełnie nową produkcją, spółka liczyła, że stanie się to w tym roku. - Jednak żadne działania ze strony resortu zdrowia nie zostały na razie podjęte - dodaje A. Wilczęga.
Bioton dzierżawi LFO od początku roku za 80 tys. miesięcznie. Ma też prawo pierwokupu zakładu, a w zasadzie dwóch budynków: wykończonego biurowca administracyjnego z zapleczem laboratoryjnym (bez wyposażenia) oraz hali produkcyjnej w stanie surowym.
Wyprzedzić konkurencję
- Zdecydowaliśmy się na dzierżawę z opcją kupna, bo to pozwoliłoby nam zaoszczędzić dwa lata, gdybyśmy rzeczywiście mieli uruchamiać produkcję preparatów krwiopochodnych - tłumaczy prezes Wilczęga.
Prawo pierwokupu polega na tym, że giełdowa spółka w ramach przetargu może nabyć zakład w Mielcu, ale po najwyższej zaoferowanej w nim cenie. Jeżeli któryś z konkurentów zaproponuje więcej niż Bioton, to ten, aby kupić LFO, musi dać tyle samo. Szef Biotonu uważa jednak, że firmy, które podobnie jak jego spółka chcą wytwarzać preparaty krwiopochodne na polski rynek, również nie kupią przedsiębiorstwa, jeżeli nie będą miały pewności, że to one staną się później narodowymi frakcjonatorami.