Wciąż nie ma przekonujących
sygnałów rozpoczęcia trendów wzrostowych na rynkach rozwiniętych. Jednocześnie jednak posiadacze akcji mogą się pocieszać, że w przeszłość odchodzą trendy spadkowe, a indeksy nie zaliczają nowych minimów. Konsekwencją połączenia tych dwóch faktów jest stabilizacja notowań. "Transformację" tę dobrze widać np. na giełdzie niemieckiej. Z jednej strony DAX przestał spełniać formalne kryteria średnioterminowego trendu spadkowego. Skoro indeks właściwie od ponad miesiąca stoi w miejscu (mimo przejściowych wahań), to trudno mówić o kontynuacji fali zniżkowej, która przyniosła straty posiadaczom akcji głównie w drugiej połowie lipca. Jednocześnie jednak trudno stwierdzić, że popyt jest już wystarczająco silny, by wyrwać rynek z odrętwienia. DAX co prawda przebił lokalny szczyt z sierpnia, ale zamiast silnego impulsu zwyżkowego mieliśmy na dwóch ostatnich sesjach marazm.
Niewiadomą jest też sytuacja w USA. S&P 500 stoi u progu realizacji odwróconej głowy z ramionami. W piątek indeks zatrzymał się niemal dokładnie na linii szyi, co oznacza, że rozstrzygnięcie zostało odłożone w czasie.
Zdecydowanie lepiej za to mają się rynki wschodzące. Obrazujący koniunkturę na nich indeks MSCI Emerging Markets w szybkim tempie odrobił ponad połowę strat z niedawnej wyprzedaży. W tym przypadku nie ma charakterystycznej dla rynków rozwiniętych fazy przejściowej po zakończeniu trendu spadkowego. Trwająca od połowy sierpnia ostra zwyżka indeksu MSCI jest niemal lustrzanym odbiciem wcześniejszej fali spadkowej. W efekcie doszło do powstania formacji "V", obrazującej nagłą zamianę paniki w euforię. W takich warunkach - nawet jeśli dojdzie jeszcze do jednego ataku podaży - trudno upierać się przy pesymistycznym scenariuszu zakładającym, że niedawna wyprzedaż przerodzi się w długotrwałą bessę. Rynki wydają się zbyt silne, a wyceny spółek (zwłaszcza w USA) zbyt niskie, by należało w pośpiechu pozbywać się akcji.
Parkiet