Kiedy dystrybutor mrożonek Jago debiutował dwa lata temu na GPW, nikt nie przypuszczał, że obserwowanie wydarzeń w tej małej firmie będzie tak fascynujące, jak oglądanie dobrego filmu sensacyjnego.

Na początku tego roku znana inwestorka Elżbieta Sjoeblom wpadła na pomysł, by przejąć Jago. Zaczęła więc skupować akcje spółki. W marcu zwołała NWZA i próbowała przekonać pozostałych akcjonariuszy (instytucje i giełdową spółkę Mispol popieraną przez "stary" zarząd), by ją poparli i zagłosowali za zmianami w radzie nadzorczej Jago. To się nie udało. Miała za mało głosów. Napięcie rosło. Inwestorka dokupiła walorów i na kolejnym NWZA zmieniła radę i zarząd. Zanim to się stało, przekonywała, że strategia "starego" zarządu jest zła. W szczególności chodziło o budowę chłodni pod Warszawą. Według Elżbiety Sjoeblom, budowa chłodni za 30 mln zł na 17 tys. miejsc paletowych była nieopłacalna. Inwestorka przedstawiła swoją koncepcję: połączy Jago z firmą Chłodnia Łódź (należącą do niej samej).

Gdy przejęcie kontroli nad Jago stało się faktem, koncepcja diametralnie się zmieniła. - Nie będzie mariażu z Chłodnią Łódź, będzie inwestycja pod Warszawą - orzekł "nowy" zarząd. Dlaczego będzie budowa chłodni, której miało nie być? Podobno poprzednia inwestycja miała niewystarczające parametry. Wczoraj Jago poinformowało, że podpisało umowę z wykonawcą inwestycji. Co ciekawe, parametry chłodni będą takie, jak zakładał "stary" zarząd.

Jaka jest strategia Jago? To pytanie zadaje sobie wielu inwestorów. Niepewność nie jest dobrym doradcą. Być może dlatego w trakcie kilku miesięcy akcje Jago potaniały o około 50 proc.