Próba przewidzenia tego, jak duży i długotrwały wpływ będzie miała sytuacja na rynku nieruchomości na amerykańską gospodarkę, jest dość karkołomnym zadaniem. Jeszcze trudniej odnieść obecny kryzys do przyszłych wyników finansowych spółek za oceanem. Czy ostatnie kiepskie dane oznaczają, że napędzany m.in. eksportem i tanim dolarem wzrost zysków amerykańskich firm ugnie się pod balastem złowieszczych tendencji? Podobnych pytań można by postawić wiele, a cały problem polega na tym, że niezwykle ryzykowne byłoby uzależnianie decyzji inwestycyjnych od odpowiedzi na te pytania. Należałoby bowiem założyć, że jesteśmy w stanie udzielić tych odpowiedzi, zanim uczyni to cały rynek akcji, pogrążając się w trendzie spadkowym, bądź też - wręcz przeciwnie - powracając do tendencji wzrostowej. Na razie wygląda na to, że amerykański rynek akcji (podobnie jak inne giełdy światowe, w tym rynki wschodzące) jest dość powściągliwy w dyskontowaniu czarnych scenariuszy i pojawiających się wizji nadchodzącej recesji. Nawet po dramatycznej piątkowej sesji (która upłynęła pod znakiem fatalnych danych o zmniejszeniu się liczby miejsc pracy) indeks S&P 500 znajdował się 6,4 proc. poniżej tegorocznego szczytu. Czy owe 6,4 proc. zniżki uprawnia do stwierdzenia, że rynek dyskontuje recesję? Z pewnością teza taka byłaby przesadna. W sytuacji mnożących się pytań bez odpowiedzi warto trzymać się sygnałów analizy technicznej, które okażą się być może najlepszą wskazówką co do tego, czy inwestorzy faktycznie boją się recesji. Dla indeksu S&P 500 kluczowym poziomem jest obecnie 1407 pkt, czyli sierpniowy dołek. Po piątkowej sesji brakowało do niego jeszcze 3,2 proc. Z kolei do poziomu oporu (1495 pkt) brakowało również 3 proc. To dobitnie pokazuje, że właściwie mamy obecnie równowagę sił na rynku i wszystkie scenariusze są możliwe.

Z pewnością nie można przesądzić, że giełdy za oceanem skazane są na najczarniejszy wariant rozwoju wydarzeń.