Reklama

Weekendowa Analiza Futures

Publikacja: 16.09.2007 11:15

Jako całość ubiegły tydzień był dość ciekawy, choć poszczególne sesje nie

należały do zbyt porywających. Rynek zachował się intrygująco, bo z jednej

strony byliśmy świadkami wzrostu cen od wtorkowego poranka do początku

sesji w piątek, co mogłoby wskazywać, że na rynku niepodzielnie rządzi

popyt, a drugiej strony trudno było w te rządy uwierzyć, skoro zwyżce cen

Reklama
Reklama

towarzyszył marny obrót. W trakcie tygodnia mieliśmy do czynienia z

chwilami, gdy podnoszenie rynku niemal w ogóle nic nie kosztowało. Ceny

rosły same z siebie, jak nadmuchany helem balonik. Wzrost jest faktem, ale

jakoś strach się pod niego podpinać, skoro w każdej chwili ktoś może

niewielką siłą pociągnąć za sznureczek i w krótkim czasie sprowadzić

balonik niżej.

Reklama
Reklama

Fakt, że tej zwyżce cen towarzyszyła tak niewielka aktywność sprawił, że

ocena tego ruchu nie jest jednoznaczna z punktu widzenia analizy

technicznej, a sądy wydawane są z rezerwą. Popyt był niewielki, ale jednak

większy od podaży. Z czego wynika niewielka podaż? Czy to zmiana nastrojów

i strach przed dalszą zwyżką, czy też jedynie podprowadzenie cen wyżej, by

korzystniej sprzedać podsiadane walory? Niska wartość popytu to tylko

Reklama
Reklama

efekt braku okoliczności, które nie wymagały angażowania większego

kapitału, czy też cały potencjał byków, który nie spotkał jednak godnej

sobie bariery? Wątpliwości jest wiele i miała na nie odpowiedzieć sesja,

na której aktywność będzie już większa. Przez cały tydzień popyt kąsał

podaż, a ta się cofała. Pytanie, jak zachowają się obie strony, gdy

Reklama
Reklama

dojdzie do poważniejszej wymiany ciosów, a obrót wyniesie grubo ponad 1

mld złotych (na spółkach w WIG20).

Takim testem mógł być poziom oporu, do którego rynek zbliżył się jeszcze w

czwartek. Piątkowa sesja miała nam dać odpowiedź, ale nie dała. Ceny oporu

wprawdzie nie pokonały, ale też popyt nie stracił szans na dokonanie tego

Reklama
Reklama

już w nowym tygodniu. Podaży udało się obronić przed dalszą zwyżką, ale i

tym razem nie było to wynikiem zwiększonej aktywności graczy pozbywających

się papierów. Cały czas jesteśmy w zawieszeniu.

Sytuacji nie poprawia analiza tego, co dzieje się poza granicami kraju, a

zwłaszcza za oceanem. Tam wszyscy szykują się do obniżki stóp

Reklama
Reklama

procentowych, która przez rynek uznana jest za pewną. Niepewność dotyczy

jedynie jej skali. Analitycy mówią o 25 lub 50 pkt. bazowych. Ci z agencji

Moody`s przypuszczają, że będzie to 25 pkt., choć uważają, że lepszym

rozwiązaniem byłoby od razu obcięcie stóp o pół punktu procentowego.

Dyskusja trwa i każdy oczywiście ma swoje racje. My to sobie obserwujemy i

zastanawiamy się. Skoro jest tak źle, że sytuacja wymaga cięcia stóp o 50

pkt. bazowych, co w ostatnich latach zdarzało się głównie w czasie, który

później był oznaczany, jako czas recesji, to dlaczego rynek akcji

zachowuje się relatywnie dobrze? Czy sama perspektywa pojawienia się cięć

stóp wystarcza na utrzymanie rynku brew, wydawałoby się oczywistej (skoro

wymaga ona interwencji Fed) słabości sytuacji makroekonomicznej?

Spora grupa analityków jest zdania, że obecny brak spadków, a nawet

odbicie indeksów jest jedynie chwilowym wydarzeniem. Wg nich mamy do

czynienia z sytuacją odpowiadającą powiedzonku o kupowaniu plotek i

sprzedawaniu faktów, czyli ich zdaniem krótko po ewentualnym ogłoszeniu

obniżki stóp procentowych rynek zacznie spadać. No chyba, że będzie

oczekiwał kolejnych obniżek, a takie oczekiwania by się pojawiły, gdyby

stopy zostały obniżone tylko o 25 pkt. bazowych.

Tak czy inaczej takie oceny wydają się sprytne, choć chyba nie koniecznie

prawdziwe. Czy sama świadomooluzowanie polityki pieniężnej. Zwróćmy uwagę na dysproporcję

między tym, co dzieje się na rynku akcji, a tym, co mówi się o gospodarce

USA. Zdaniem wielu analityków ostatnie dane potwierdzają, że USA jest

coraz bliżej wejścia w recesję. Dramatyczne oceny jakoś nie współgrają z

tym, jak zachowują się ceny. Skoro tak drastycznie wzrosło zagrożenie

recesją, to czemu nie widać choćby cienia niepokoju w cenach akcji? Rynek

akcji ma przecież wyprzedzać koniunkturę. Jeśli tak, to obecnie powinniśmy

być już znacznie niżej.

Sporo ostatnio niepewności. W sumie nie ma się co dziwić, bo rynek i jego

mechanizm właśnie na niepewności się opiera. Do transakcji dochodzi, gdy w

tej samej chwili dwie osoby mają przeciwne zdanie co do przyszłej

koniunktury. W tej chwili ktoś kupuje, bo liczy na wzrost cen, a ktoś inny

sprzedaje z obawy o recesje. Kto ma rację? Nie wiadomo. Nadal przecież nie

wiemy, czy wyznaczone w lipcu szczyty to już szczyty hossy, czy tylko

lokalny szczyt przed wykreśleniem korekty, po której ponownie powróci

trend wzrostowy.

Przepraszam, niektórzy wiedzą. Ostatnio pojawiły się dane o przepływie

kapitałów z i do funduszy inwestycyjnych w sierpniu. Jak pamiętamy rynek w

pierwszej połowie tego miesiąca przeżywał ciężkie chwile. Obawiano się

odpływu środków z funduszy inwestycyjnych, co miało zarżnąć rynek. Fakty

są takie, że rzeczywiście w sierpniu część kapitałów wycofano, ale nie

była to znacząca wielkość. Ta informacja pozwoliła kilku publicystom na

wnioski, które można uznać za dość odważne. Problem w tym, że pozwolenie

sobie na nie odkrywa raczej marną znajomość funkcjonowania rynku

kapitałowego.

Ogólnie daje się odczuć ulgę, że nie poddano się panice. Pozwolę sobie na

pewien cytat: "Podczas letniej korekty Polacy zachowali zimną krew. Nie

umarzali jednostek w panice. Jeśli już, to sprzedawali z wyczuciem." Każde

zdanie ma tu swój smaczek. Po pierwsze, wiemy już, że spadek był tylko

korektą, a wiec kto sprzedał w dołku ten trąba, a kto nie sprzedał, ten

"zachował zimną krew". O tym czy były sygnały do sprzedaży, czy nie, można

długo dyskutować. Najlepiej się dyskutuje po fakcie.

Nie było paniki w umarzaniu jednostek. Nie było, bo nie mogło być.

Mechanizm jest tu znany. Na początku większych spadków nigdy nie ma

paniki, a jest głównie nadzieja, że jednak "odbije". Umorzenie jednostek,

gdy poniosło się stratę to bolesne doznanie, jak wizyta u dentysty.

Większość stara się tego uniknąć. W sytuacji spadków szuka się pretekstów

do tego, by jednak tego nie robić. Dzwoni się więc do swoich doradców,

słucha uspokajających wypowiedzi ministra finansów lub szefa banku

centralnego. Obawy są, ale strach przed sprzedażą w dołku jest jeszcze

większy. Mowa w takiej sytuacji o "zimnej krwi" jest raczej zabawne. Ci,

którzy nie sprzedali, mają raczej szczęście. Ciekaw jestem, jak oceniani

po fakcie byliby ci, którzy sprzedali pamiętanego czwartku, gdyby teraz

rynek był kolejne 10% niżej. Czy utrzymywanie inwestycji ze stratą, której

się nie przewidywało, to oznaka zimnej krwi?

Paniki nie było, bo panika nie pojawia się na początku ruchu spadkowego. W

tej chwili nadal nie wiadomo, czy mamy do czynienia z początkiem bessy,

czy tylko korektą. Można na ten temat dyskutować. Wiadomo jest jednak, że

chęć sprzedaży narasta wraz ze spadkiem cen. Wspomniane w cytacie

"wyczucie" (zdaniem autora wynikało ono z faktu, że relatywnie więcej

umorzono jednostek w funduszach, które miały najgorsze wyniki) wynikało

głównie ze skali przeceny i poziomu frustracji wynikiem, a nie sprytem,

czy się "zimną krwią"? Ten

który sprzedaje sądząc, że to tylko odbicie w bessie, czy też ten, który

kupuje grając na kontynuacją hossy? Odpowiedź zapewne otrzymamy za miesiąc.

Kamil Jaros

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama