procentowych, która przez rynek uznana jest za pewną. Niepewność dotyczy
jedynie jej skali. Analitycy mówią o 25 lub 50 pkt. bazowych. Ci z agencji
Moody`s przypuszczają, że będzie to 25 pkt., choć uważają, że lepszym
rozwiązaniem byłoby od razu obcięcie stóp o pół punktu procentowego.
Dyskusja trwa i każdy oczywiście ma swoje racje. My to sobie obserwujemy i
zastanawiamy się. Skoro jest tak źle, że sytuacja wymaga cięcia stóp o 50
pkt. bazowych, co w ostatnich latach zdarzało się głównie w czasie, który
później był oznaczany, jako czas recesji, to dlaczego rynek akcji
zachowuje się relatywnie dobrze? Czy sama perspektywa pojawienia się cięć
stóp wystarcza na utrzymanie rynku brew, wydawałoby się oczywistej (skoro
wymaga ona interwencji Fed) słabości sytuacji makroekonomicznej?
Spora grupa analityków jest zdania, że obecny brak spadków, a nawet
odbicie indeksów jest jedynie chwilowym wydarzeniem. Wg nich mamy do
czynienia z sytuacją odpowiadającą powiedzonku o kupowaniu plotek i
sprzedawaniu faktów, czyli ich zdaniem krótko po ewentualnym ogłoszeniu
obniżki stóp procentowych rynek zacznie spadać. No chyba, że będzie
oczekiwał kolejnych obniżek, a takie oczekiwania by się pojawiły, gdyby
stopy zostały obniżone tylko o 25 pkt. bazowych.
Tak czy inaczej takie oceny wydają się sprytne, choć chyba nie koniecznie
prawdziwe. Czy sama świadomooluzowanie polityki pieniężnej. Zwróćmy uwagę na dysproporcję
między tym, co dzieje się na rynku akcji, a tym, co mówi się o gospodarce
USA. Zdaniem wielu analityków ostatnie dane potwierdzają, że USA jest
coraz bliżej wejścia w recesję. Dramatyczne oceny jakoś nie współgrają z
tym, jak zachowują się ceny. Skoro tak drastycznie wzrosło zagrożenie
recesją, to czemu nie widać choćby cienia niepokoju w cenach akcji? Rynek
akcji ma przecież wyprzedzać koniunkturę. Jeśli tak, to obecnie powinniśmy
być już znacznie niżej.
Sporo ostatnio niepewności. W sumie nie ma się co dziwić, bo rynek i jego
mechanizm właśnie na niepewności się opiera. Do transakcji dochodzi, gdy w
tej samej chwili dwie osoby mają przeciwne zdanie co do przyszłej
koniunktury. W tej chwili ktoś kupuje, bo liczy na wzrost cen, a ktoś inny
sprzedaje z obawy o recesje. Kto ma rację? Nie wiadomo. Nadal przecież nie
wiemy, czy wyznaczone w lipcu szczyty to już szczyty hossy, czy tylko
lokalny szczyt przed wykreśleniem korekty, po której ponownie powróci
trend wzrostowy.
Przepraszam, niektórzy wiedzą. Ostatnio pojawiły się dane o przepływie
kapitałów z i do funduszy inwestycyjnych w sierpniu. Jak pamiętamy rynek w
pierwszej połowie tego miesiąca przeżywał ciężkie chwile. Obawiano się
odpływu środków z funduszy inwestycyjnych, co miało zarżnąć rynek. Fakty
są takie, że rzeczywiście w sierpniu część kapitałów wycofano, ale nie
była to znacząca wielkość. Ta informacja pozwoliła kilku publicystom na
wnioski, które można uznać za dość odważne. Problem w tym, że pozwolenie
sobie na nie odkrywa raczej marną znajomość funkcjonowania rynku
kapitałowego.
Ogólnie daje się odczuć ulgę, że nie poddano się panice. Pozwolę sobie na
pewien cytat: "Podczas letniej korekty Polacy zachowali zimną krew. Nie
umarzali jednostek w panice. Jeśli już, to sprzedawali z wyczuciem." Każde
zdanie ma tu swój smaczek. Po pierwsze, wiemy już, że spadek był tylko
korektą, a wiec kto sprzedał w dołku ten trąba, a kto nie sprzedał, ten
"zachował zimną krew". O tym czy były sygnały do sprzedaży, czy nie, można
długo dyskutować. Najlepiej się dyskutuje po fakcie.
Nie było paniki w umarzaniu jednostek. Nie było, bo nie mogło być.
Mechanizm jest tu znany. Na początku większych spadków nigdy nie ma
paniki, a jest głównie nadzieja, że jednak "odbije". Umorzenie jednostek,
gdy poniosło się stratę to bolesne doznanie, jak wizyta u dentysty.
Większość stara się tego uniknąć. W sytuacji spadków szuka się pretekstów
do tego, by jednak tego nie robić. Dzwoni się więc do swoich doradców,
słucha uspokajających wypowiedzi ministra finansów lub szefa banku
centralnego. Obawy są, ale strach przed sprzedażą w dołku jest jeszcze
większy. Mowa w takiej sytuacji o "zimnej krwi" jest raczej zabawne. Ci,
którzy nie sprzedali, mają raczej szczęście. Ciekaw jestem, jak oceniani
po fakcie byliby ci, którzy sprzedali pamiętanego czwartku, gdyby teraz
rynek był kolejne 10% niżej. Czy utrzymywanie inwestycji ze stratą, której
się nie przewidywało, to oznaka zimnej krwi?
Paniki nie było, bo panika nie pojawia się na początku ruchu spadkowego. W
tej chwili nadal nie wiadomo, czy mamy do czynienia z początkiem bessy,
czy tylko korektą. Można na ten temat dyskutować. Wiadomo jest jednak, że
chęć sprzedaży narasta wraz ze spadkiem cen. Wspomniane w cytacie
"wyczucie" (zdaniem autora wynikało ono z faktu, że relatywnie więcej
umorzono jednostek w funduszach, które miały najgorsze wyniki) wynikało
głównie ze skali przeceny i poziomu frustracji wynikiem, a nie sprytem,
czy się "zimną krwią"? Ten
który sprzedaje sądząc, że to tylko odbicie w bessie, czy też ten, który
kupuje grając na kontynuacją hossy? Odpowiedź zapewne otrzymamy za miesiąc.
Kamil Jaros