Wicepremier Zyta Gilowska chciała zaplanować przyszłoroczny deficyt na poziomie niższym niż 30 mld zł i dopięła swego. Tym samym zapisze się w annałach jako minister, która przeciągnęła "kotwicę" budżetową na nieco płytsze wody. Zastanawiają jednak metody, jakimi to osiągnęła.

Wydawało się, że plany wicepremier pokrzyżują posłowie, którzy lekką ręką przyznali rodzicom wysoką i kosztowną ulgę na dzieci. Rząd sięgnął więc do innych zasobów - do zysków wypracowywanych przez spółki z udziałem Skarbu Państwa. Niby nic nadzwyczajnego, niemniej jednak zmiana prognozy wpływów z dywidend o 1,37 mld zł w ciągu niespełna dwóch tygodni może zastanawiać. Tylko część tego fenomenu tłumaczyć można ostatnimi problemami KGHM z przekazaniem zysków akcjonariuszom. Teraz jest już jasne, że właściciel nie zamierza wydać zablokowanych przez sąd środków w tym roku i przesunie zapewne ich wypłatę na kolejny rok. W przypadku Skarbu Państwa chodzi "zaledwie" o 700 mln zł. Skąd rząd weźmie kolejne ponad 600 mln zł? Tego nie wiemy. Może z PZU?

Takie już prawo właściciela, że nie zawsze dzieli się prognozami zysków swoich spółek. Jednak w ostatnich dwóch--trzech latach wpływy z dywidend sięgają sum liczonych w miliardach. Zwykle też resort skarbu łata nimi braki przychodów z prywatyzacji. W ten sposób i wilk syty, i owca cała. Ale jak długo jeszcze minister finansów może planować rzetelne budżety, zdając się na humory kolegi z innego resortu?

A inni inwestorzy? Działanie Skarbu Państwa "z zaskoczenia" pozwala utrzymać w spółkach z jego udziałem tych z nich, których już nic nie zdziwi.