Jak wiadomo, będziemy mieć w 2008 roku deficyt budżetowy w wysokości 28,6 mld zł. To wielki sukces, okupiony ciężkimi bojami minister finansów Zyty Gilowskiej z posłami i ministrami oraz ministra skarbu Wojciecha Jasińskiego z zarządami spółek należących do Skarbu Państwa. To dzięki heroicznej postawie tego ostatniego udało się znaleźć w ostatniej chwili blisko 1,4 mld zł z dywidend.
Tradycyjnie, informację o obniżeniu deficytu podano w blasku fleszy. I tradycyjnie - bez większego rozgłosu - do budżetu zostanie dołączona strategia zarządzania długiem publicznym, w której potrzeby pożyczkowe państwa zostały oszacowane na 45,7 mld zł, czyli o ponad 6 mld zł więcej niż w roku bieżącym.
Zdaję sobie sprawę, że mamy okres przedwyborczy, ale chciałbym - też najlepiej w blasku fleszy - uzyskać odpowiedź na pytanie, dlaczego jest tak źle, skoro jest tak świetnie. Dlaczego państwo musi pożyczać więcej, by sfinansować mniejszy deficyt? Jak to jest możliwe, że fundujemy sobie dodatkowe wydatki na grube miliardy, a nikt nie pomyśli o spłacie zadłużenia? I jak naprawdę wygląda budżet w przyszłym roku - w końcu to sama Zyta Gilowska kiedyś atakowała bodajże Grzegorza Kołodkę, gdy był ministrem finansów, za to, że chwali się trzymaniem deficytu w ryzach, choć jednocześnie potrzeby pożyczkowe państwa rosną. A to one - zdaniem poseł Gilowskiej - tak naprawdę pokazują rzeczywisty stan finansów państwa. Czyżby pani poseł się myliła i teraz, jako minister, wie lepiej? Czy też może wtedy miała rację, a teraz chwali się nieprawdziwym sukcesem, żeby jej partia wygrała wybory?