Zamiast centralnego urzędu zbierającego składki - dwadzieścia dwie lokalne "kasy chorych" z udziałem prywatnego kapitału. To esencja poważnej reformy węgierskiego systemu ochrony zdrowia, uzgodnionej przez partie koalicyjne.

Rządzący socjaliści i liberałowie twierdzą, że przyjęcie projektu przez parlament to kwestia kilku tygodni, a zmiany wejdą w życie już najbliższą zimą. Wtedy to funkcjonowanie rozpocząć ma osiemnaście powiatowych funduszy, zbierających składki zdrowotne i kontraktujących usługi medyczne. Dodatkowe cztery wystartują w Budapeszcie i okolicznym okręgu peszteńskim. W celu zwiększenia konkurencji nowa ustawa o służbie zdrowia zezwoli funduszom na walkę o klienta także poza granicami ich własnych powiatów.

51 proc. udziałów w każdym z nich zachowa państwo - resztę będą mogli kupować inwestorzy branżowi. Jak mówi "Parkietowi" dr Krzysztof Krajewski-Siuda, pozostawienie dominującego udziału państwa stanowi gwarancję minimalizacji potencjalnych efektów ubocznych reformy, takich jak koncentracja "kas chorych" na ludziach młodych i cieszących się dobrym zdrowiem. Ekspert Instytutu Sobieskiego w zakresie ochrony zdrowia pozytywnie ocenia wprowadzone zmiany, dzięki którym Węgry, dotąd zapóźnione na tle krajów regionu, wyprzedzą choćby Polskę.

Propozycja przedstawiona w poniedziałkowy wieczór, po długotrwałych sporach pomiędzy Partią Socjalistyczną i Wolnymi Demokratami, stanowi kolejny element pakietu reform mających skutkować blisko trzykrotną redukcją deficytu budżetowego w ciągu czterech lat. Zresztą pewne innowacje, jak wprowadzenie opłat za wizyty u lekarzy i w szpitalu, zostały już wcielone w życie. Obniżono także dopłaty do leków.

bbj.hu, bloomberg, reuters