Powrót gorszych nastrojów na naszej rodzimej giełdzie sprawił, że uwadze inwestorów mogło umknąć wydarzenie o technicznej i symbolicznej wymowie.
Obrazujący koniunkturę na rynkach wschodzących i bacznie obserwowany na świecie indeks MSCI Emerging Markets (MSCI EM) wspiął się w poniedziałek na poziom najwyższy w historii, odrabiając całe straty z niedawnej gwałtownej fali przeceny (mimo że rekord został pobity już w poniedziałek to ze względu na zamknięcie giełd amerykańskich fakt ten znany był dopiero wczoraj). Z jednej strony trudno o lepszy dowód na to, że hossa na rynkach wschodzących ma się całkiem dobrze. A skoro tak, to słabość naszych rodzimych akcji nie może
trwać długo.
Cały problem polega jednak na tym, że rekordy na poszczególnych giełdach objętych indeksem nie są wcale takie powszechne.
Tradycyjnie w ostatnich miesiącach hossa panuje na rynku chińskim. Mimo że indeks CSI 300 wyraźnie stracił impet, to na razie nie widać, by trend wzrostowy był zagrożony. W cieniu Państwa Środka rośnie giełda w Indiach, gdzie indeks Sensex bez większego szwanku przetrwał zawirowania na świecie. Jednym z najmocniejszych rynków jest też Brazylia - wykres tamtejszego indeksu Bovespa jest niemal idealnym odwzorowaniem MSCI EM. Rynek brazylijski jest dość specyficzny, choćby ze względu na surowcową hossę (nawzajem zyski napędzają sobie producenci cukru i wytwórcy biopaliw, które w Brazylii są bardzo popularne, a w dobie rosnących cen ropy popyt na nie jeszcze bardziej rośnie). Rzut oka na inne rynki Ameryki Południowej przeczy jednak tezie, jakoby cały ten region podążał w ślad za wyjątkowo mocną Brazylią. Przykładowo argentyński Merval odrobił dopiero połowę strat z lipca i sierpnia. Dość słabo zachowują się kursy akcji również na rynkach wschodzących Europy. Z powrotem do tegorocznych szczytów wyraźnie ociąga się nie tylko np. węgierski BUX, ale również choćby turecki ISE 100.