Po raz pierwszy od czterech sesji rosły wczoraj ceny ropy naftowej w Nowym Jorku. Taką reakcję rynku wywołała publikacja raportu amerykańskiego Departamentu Energii na temat stanu zapasów ropy i jej pochodnych w zeszłym tygodniu.
Okazało się, że zapasy surowca niespodziewanie spadły, i to aż o 5,3 mln baryłek, chociaż rynek oczekiwał wzrostu o 960 tysięcy. Do poziomu 9,1 mln baryłek na dobę, najniższego od marca tego roku, zmniejszył się import ropy do USA. Przez moment ceny podskoczyły wczoraj nawet do 86,77 USD za baryłkę, potem spadły o około dolara, ale nadal były wyższe niż dzień wcześniej. Wcześniej notowania osiągnęły 10-dniowy dołek na poziomie 84,86 USD.
Za baryłkę ropy gatunku Brent, którą handluje się w Londynie, płacono wczoraj po 84,22 USD. Przez ostatnie dni ceny spadły z rekordowego poziomu 90 USD, bo na inwestorach przestały robić wrażenie doniesienia z północnego Iraku, gdzie siły tureckie chcą zaatakować pozycje kurdyjskich rebeliantów. Większe znaczenie miały natomiast spekulacje na temat możliwego wzrostu podaży ropy z krajów skupionych w OPEC. Zgodnie z uzgodnieniami z połowy września, kartel producentów ma zwiększyć dostawy na światowy rynek z początkiem listopada o pół miliona baryłek dziennie. Jednak, zdaniem niektórych analityków, dane dotyczące przewozu ropy przez tankowce mogą sugerować, że większe ilości surowca OPEC dostarcza już teraz. Taka polityka kartelu oznaczałaby, że zmniejsza się ryzyko niedoborów ropy w rozpoczynającym się sezonie grzewczym w USA i Europie.