I nie pomagają wzrosty cen ropy?
Teoretycznie pomagają. Jeśli jednak prywatny bank finansuje się na rynkach światowych, a spready rozszerzają się w wyniku ogólnej paniki, to popada w głębokie kłopoty, jeśli nagle ma do czynienia z kilkunastoprocentowym spreadem. Ale to wyjątek. Jak rewelacyjna jest sytuacja rynków krajów wschodzących, pokazuje deficyt obrotów bieżących w krajach bałtyckich czy w Bułgarii i Rumunii. W tych krajach stosunek deficytu obrotów bieżących do PKB wynosi kilkanaście procent czy nawet dwadzieścia kilka procePodczas gdy w poprzedniej dekadzie mówiło się, że czerwona lampka zapala się, gdy kraj dochodzi do 7 proc.
Teraz popyt, czy kapitał, tak jest spragniony aktywów z rynków wschodzących, że kraje te są w stanie sfinansować nawet deficyt sięgający 20 proc. PKB. Trzeba zdawać sobie sprawę, że jest to sytuacja bardzo niestabilna i niemożliwa do utrzymania na dłuższą metę.
W przypadku Polski sytuacja jest rewelacyjna. Deficyt obrotów bieżących zaczął co prawda szybko rosnąć i dlatego muszą wzrosnąć stopy procentowe, bo im większe potrzeby zewnętrznego finansowania danego kraju, tym lepsze warunki musi on zagwarantować. Czyli albo wyższe stopy, albo niższe ceny aktywów, które są wyprzedawane w zamian za to finansowanie - niższe ceny akcji, nieruchomości albo słabsza waluta. Jednak w naszym przypadku chociaż deficyt rośnie szybko, to obecnie niewiele przekracza 4 proc. PKB i można sobie wyobrazić jeszcze dwa lata wzrostu jego wielkości.
Wspomniał Pan o stopach procentowych. Co Pan myśli o obecnych działaniach banków centralnych? Czy są one przewidywalne?
Rozmiary rynków finansowych są obecnie tak duże, że to one rządzą decyzjami banków centralnych, a nie odwrotnie. Jeszcze chyba w czerwcu Fed w swoim komunikacie informował o zamiarze walki z zagrożeniem wzrostu inflacji. Każdy bank centralny wie, że po pięciu latach silnego wzrostu gospodarczego istnieje ryzyko wymknięcia się tendencji inflacyjnych spod kontroli. Dlatego Bernanke deklarował szczerze chęć bycia twardym, by inflacja nie wzrosła. Po czym po paru tygodniach obniżono stopy, bo nagle pojawiła się panika wśród instytucji finansowych.
Myślę, że Greenspan, wybierając moment swojego odejścia, przeczuwał, co się dzieje. Faktem jest, że gdy podrzucono mu to stanowisko w 1987 r., to pierwszym problemem, z jakim musiał się zmierzyć, był krach w październiku. Myślę, że mając to w pamięci, wiedział, co robi, odchodząc na początku tego roku.
Może dlatego tak często mówi o krachu.
Co prawda Greenspan to zwykły urzędnik państwowy, ale głupi nie jest. A to może potwierdzać, że termin jego odejścia był przemyślany.
Powiedzenie mówi, że historia lubi się powtarzać. Czy zatem to samo czeka Bernanke?
Po krótkim okresie miodowym może się zmierzyć z tym samym problemem. Możemy już pewne rzeczy o Benie Bernanke powiedzieć. Zrobił karierę i otrzymał nominację na szefa Fedu dzięki swoim opowieściom, jak to będzie walczył z deflacją, zrzucając z helikopterów pieniądze. Do tej pory jest określany jako Ben-helicopter-money-Bernanke. Jego nominacja nie jest przypadkowa. On jest przygotowany teoretycznie do walki z groźbą deflacji. Ponieważ bardzo niewiele trzeba było, żeby go zmusić do obniżenia stóp procentowych, to widać, że nie jest to Paul Volcker - człowiek, który będzie walczył z inflacją, podnosząc stopy do 15 proc., wywołując przy tym dwie recesje. Ben wydaje się gołębiem i rynki od razu na to zareagowały. Pierwsza interwencja, czyli obniżka stopy dyskontowej, od razu się przełożyła na wzrost cen surowców. Widzimy, co się stało na rynku złota, czy rynku ropy.
Uczestnicy rynku szybko ocenili reakcję Fedu i dostrzegli gołębią politykę banku centralnego. Zresztą nie tylko Fedu, bo i innych banków centralnych. ECB wlał przecież na rynek potężną sumę - około 200 mld euro, a Bank of England, gdy ludzie zaczęli stać pod okienkami Northerm Rock, zapewnił 100-procentowe gwarancje dla wszystkich depozytów. W praktyce oznaczałoby to druk pieniądza. Druk pieniądza oznacza spadek jego wartości względem towarów, czyli inflację.
Ostatnio wszystkie banki centralne zachowały się bardzo miękko, dlatego można powiedzieć, że łatwiej im było prowadzić twardą politykę pieniężna w zeszłej dekadzie, kiedy kryzysy wybuchały gdzieś dalej - np. w Meksyku, Azji, Rosji czy Argentynie. Znacznie trudniej jest im być twardym teraz, kiedy na biurku rozdzwaniają się telefony od dawnych kolegów z Harvardu czy z Yale, którzy siedzą w tych upadających firmachDlatego rynki oceniły, że scenariusze wzrostu inflacji są bardziej prawdopodobne, a wtedy ceny surowców mają tendencje do wzrastania. To powoduje, że sektory uzależnione od cen surowców w sensie pozytywnym - czyli tam, gdzie się je wydobywa i sprzedaje - mają lepsze perspektywy. W związku z tym lepsze perspektywy mają rynki, które mają dużo takich sektorów, czyli rynki wschodzące.
Wniosek optymistyczny dla nas - im gorzej będzie w centrach finansowych, tym lepiej - przy miękkiej polityce banków centralnych - dla rynków rozwijających się. Im większy będzie kryzys w centrach finansowych, tym oczywiście głębsza będzie korekta u nas, ale tym silniejsza hossa tuż później. Bo te pieniądze zużyte na interwencje natychmiast zaczną uciekać na peryferie, bo tam jest biznes do zrobienia przy obecnych cenach surowców.
To chyba powoli widać po ostatnich danych o odpływie kapitału zagranicznego ze Stanów Zjednoczonych.
I ten proces będzie kontynuowany z przerwami. Paradoksalnie pewną ulgę Amerykanom może przynieść przyszłoroczny spadek cen ropy, który powinien rozpocząć się, gdy na horyzoncie zacznie być widoczny koniec zimy. Przy trwającym spowolnieniu i pewnych sygnałach sugerujących zmniejszenie napięcia wokół Iranu ropa jest obecnie po prostu za droga, choć o terminie szczytu zadecyduje najpewniej pogoda.
Na naszym rynku akcji korekty mogą być gwałtowniejsze niż na rynkach rozwiniętych, te problemy jednak w dużej mierze realnie nas - czy szerzej rynków wschodzących - nie dotyczą. Nasz rynek nieruchomości jest jeszcze w innej fazie. Mamy kilkuletnie opóźnienie w stosunku do rynku amerykańskiego. U nas stopy zaczęły rosnąć dopiero w tym roku. Czyli pod tym względem mamy trzy lata opóźnienia w stosunku do rynku amerykańskiego i pojawienia się zbliżonych problemów ze złymi kredytami hipotecznymi można spodziewać się dopiero w 2010 roku.
Czy to oznacza kłopoty dla naszego rynku nieruchomości?
Nie jest wykluczone, że w pewnym momencie okaże się, że powstało trzy miliony mieszkań i stoją, bo są za drogie. W Stanach Zjednoczonych spadek cen mieszkań rozpoczął się po tym, jak stopy wzrosły z 1 pkt proc. do ponad 6 proc. Podobnie u nas, jeśli stopy wzrosną z 4 proc. o ponad 5 pkt proc., to od rynku nieruchomości zostaną odcięci prawie wszyscy. Przy obecnych cenach nie będzie nas stać na obsługę kredytową. Ale zanim u nas stopy dojdą do tych 9 proc., upłynie jeszcze dużo wody w Wiśle, co najmniej dwa-trzy lata.
Czy to znaczy, że mamy jeszcze dwa-trzy lata na wzrost cen akcji?
Mamy czas na stworzenie bąbla. Każda dekada napędza swój bąbel spekulacyjny, który pęka z jej końcem. Każda dekada ma swój ulubiony rynek, na który płynie kapitał. I tak się dziwnie składa, że pod koniec dekady dochodzi do powszechnego rozpoznania, gdzie jest ta "nowa era". Pod koniec obecnej powinniśmy usłyszeć, że następuje upadek centrów, a świat się przenosi na peryferia. Widać, że dolar spada. Jeśli do tego dojdzie porażka militarna czy też niezdolność do prowadzenia kampanii wojskowej - sytuacja, jak wyjście Rosjan z Afganistanu - to może być sygnał kryzysu. Po upadku ZSRR surowce zaczęły tanieć i taniały przez 20 lat.
Co Pan może doradzić inwestorom przy ustalaniu strategii inwestycyjnej?
Mamy do czynienia ze starciem dwóch tendencji - jednej działającej deflacyjnie - czyli nagle znika wartość kredytów.
Z drugiej strony są banki centralne, które próbują ten proces parowania pieniądza zrównoważyć przez obniżki stóp. Prawdę mówiąc, sytuacja jest skrajnie niestabilna. Albo się może wahnąć w jedną, albo w drugą stronę. Innymi słowy - albo może nastąpić krach na rynku aktywów, albo wybuch cen surowców i załamanie dolara. Wiedząc, że mamy taką niestabilną sytuację, trzeba patrzeć na cały zestaw wskaźników. Najprościej jest patrzeć na kurs euro-jen, który pokazuje skalę operacji typu carry-trade, czyli skalę aktywności spekulantów finansujących się tanio w Japonii. Korelacja między ruchem cen na rynkach wschodzących a kursem EUR/JPY jest prawie stuprocentowa. Niestety, czasami akcje są szybsze o 1-2 dni, a czasem spóźnione. Z punktu widzenia krótkoterminowego spekulanta ten sygnał może przyjść za późno. Koniecznością jest ocenianie wszystkich klas aktywów i obserwowanie, która tendencja zwycięża.
Czego więc możemy oczekiwać?
Ja jestem przesądny i obawiam się tej dekadowej cykliczności, o której mówiliśmy wcześniej. Moim zdaniem, IV kwartał tego roku przyniesie jeszcze niespodzianki, ale nam, jako emerging markets, trwała bessa nie grozi. A wręcz im większy kryzys w centrum finansowym, tym większa interwencja banków centralnych. W konsekwencji tym więcej pieniędzy, które trafią na rynki wschodzące, w tym do nas. Czyli im gorzej, tym lepiej.
Dziękuję za rozmowę.
fot. a. cynka
Wojciech Białek, lat 38. Absolwent informatyki na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Właściciel m.in. tytułu "Najlepszego analityka na polskim
rynku kapitałowym w 2001 r." przyznanego w ramach nagród "Byki i Niedźwiedzie" przez "Parkiet" Gazetę Giełdy. Przygodę z giełdą rozpoczął jeszcze jako student od zakupu
obligacji Skarbu Państwa, które później można było wymienić na akcje pierwszych pięciu sprywatyzowanych
spółek. To pozwoliło mu "załapać się" na hossę w 1993 roku. Praktyka, jaką zdobył na własnej skórze, inwestując na GPW, zachęciła go do podjęcia pracy analityka. W 1995 roku został zatrudniony w domu maklerskim Magnus w Krakowie. Pracował tam do 1998 r. Potem przez rok był analitykiem w RDM Polonia, aby w końcu trafić do TFI SEB, gdzie jest odpowiedzialny za analizy makroekonomiczne oraz współodpowiedzialny za budowę strategii inwestycyjnej. Pytany o swoją strategię gry na giełdzie odpowiada, że doświadczenie kilkunastu lat pracy na rynku kapitałowym uczy, że dobre jest kupowanie akcji małych spółek w dniach recesji i sprzedanie ich pięć lat później. Ze śmiechem dodaje,
że recesja, jak wiadomo, wypada w drugim roku dekady. Podkreśla jednak, że ciągle jest jeszcze na etapie przyuczania się do zawodu.
Jeśli chodzi o aktualną sytuację na giełdzie, to coraz gorszy sentyment rynkowy sugeruje, że obecna fala spadków rozpoczęta pod koniec października dobiega końca i jeszcze przed końcem listopada dojdzie do odreagowania (WIG20 - 3700). Nie wydaje się jednak, by w tym roku można było liczyć na "year end rally" (inaczej rajd św. Mikołaja - red.) z prawdziwego zdarzenia. Cały czas spadające indeksy rynku kredytowego zapowiadają, że wyniki niektórych firm z sektora finansowego na świecie będą w IV kwartale jeszcze gorsze niż w III. Można się obawiać, że dyskontowanie tych złych informacji potrwa do stycznia. Nie do końca żartem będzie stwierdzenie, że dużo zależeć będzie od pogody. Poprzednia zima była rekordowo ciepła, więc jeśli to się nie powtórzy, to bardzo niekorzystnie wyglądać będą porównania roczne, zarówno jeśli chodzi o tempo wzrostu gospodarczego (budownictwo), jak i ceny ropy naftowej. Szczególnie kwestia obecnych rekordowo wysokich cen ropy jest ważna, gdyż ogranicza swobodę Fedu w obniżaniu stóp procentowych. Dopiero znaczny spadek cen ropy - a tego spodziewać się można najprawdopodobniej wówczas, gdy na horyzoncie pojawi się koniec zimy - umożliwi Fedowi agresywne złagodzenie polityki pieniężnej, które powinno wywołać silne, kulminujące odreagowanie cen akcji. Akcje kupowałbym w styczniu, gdy krajowe indeksy znajdą się na rocznych minimach, i sprzedawał wiosną 2008 roku o 30-40 proc. drożej.