Przecena o nieco ponad 10 proc. zdaniem części mediów jest już wystarczająca, by powoli przygotowywać się do powrotu do zwyżki cen. Jedna z gazet po wysłuchaniu opinii analityków formułuje wnioski, że rynek wkrótce zacznie odrabiać straty i warto przygotowywać się do zakupów. Gdyby ktoś wiedziony takimi opiniami już palił się do zakupów, powinien zwrócić uwagę na zastrzeżenie, że mowa jest o możliwości korzystnych zakupów z myślą o długim terminie. Takie podejście jest łatwe - w końcu kiedyś każdy poziom cen będzie pokonany. Pytanie brzmi - czy należy kupować, gdy rynek poddaje się przecenie? Odpowiedź wcale nie jest prosta. Wprawdzie w książkach piszą, że gra polega na kupnie taniej i na sprzedaży drożej. Zatem kiedy będzie drożej?
Kupowanie na spadającym rynku często nazywane jest łapaniem spadających noży. Metafora jest jakże trafna. Czasem uda się coś złapać, ale ryzyko utraty palców jest ogromne. Tak jak gra na spadek w czasie wzrostów cen, tak kupowanie w trakcie spadków jest zajęciem może i efektownym, ale jednocześnie dość kosztownym.
Wczorajsza sesja pokazuje chęć do zwyżki. Popytowi udało się podnieść rynek ponad poziom wtorkowego szczytu. W pięć dni roboczych rynek uniósł się o nieco ponad 100 pkt. W porównaniu z wcześniejszą przeceną nie jest to wynik imponujący. W tej chwili wydaje się, że podaż nadal ma przewagę. Ta wczorajsza zwyżka przybliżyła rynek do okolic oporu, ale tego oporu nie naruszyła. Tu nadal brakuje kilkudziesięciu punktów. Dopiero jak pokonany zostanie opór, a w tym wypadku jest to lokalny szczyt z poprzedniego tygodnia, to będzie można mówić o powrocie do wzrostów.
Czy taki powrót jest możliwy? Oczywiście, ale w tej chwili to tylko możliwość, która ma mniejsze szanse niż spadek (przynajmniej kierując się wskazówkami analizy wykresów). Scenariusz wzrostowy mógłby się uprawdopodobnić, gdyby polepszyła się sytuacja w USA. Tam, według analityków kierujących się teorią Dowa, jest już bardzo blisko
do sygnałów sprzedaży. Jednak, jak podaje Mark Hulbert, cały czas spore zakupy dokonywane są przez tzw. insiderów, czyli osoby związane z poszczególnymi spółkami giełdowymi. Płynie z tego wniosek, że skoro np. członek zarządu kupuje papiery spółki, którą zarządza, to znaczy, że spółka ta nie jest w tarapatach. Ma to być byczy sygnał przynajmniej dla tej spółki.