Inwestorzy giełdowi z uwagą śledzą wszelkie transakcje akcjami, których stroną są osoby mające dostęp do informacji poufnych. Rozumowanie gracza jest banalnie proste. Skoro "gość" kupuje akcje firmy, w której pracuje, to znaczy, że wie "coś" więcej. Inaczej przecież nie ryzykowałby własnych pieniędzy. To rodzi w świadomości inwestora naturalny sygnał kupna lub sprzedaży, kiedy mamy do czynienia z odwrotem od spółki. Długo można by wymieniać przykłady z życia, które pasują jak ulał do tego rozumowania. W tym kontekście listopadowe zakupy insiderów wyglądają co najmniej optymistycznie. Zdecydowana przewaga popytu zawsze robi wrażenie. Zwłaszcza w okresie, kiedy widmo bessy zajrzało w oczy niejednemu wyjadaczowi. Z drugiej strony, mieliśmy już w tym roku, w okresie letnim, mocną falę spadkową. Wtedy też insiderzy rzucili się do zakupów, choć krew lała się szeroko po parkiecie. Efekty? Gołym okiem widać, że nawet oni nie pokonali rynku. Po kilku miesiącach ceny akcji dużej części firm, zwłaszcza firm małych i średnich, są dziś na niższych poziomach.
W tym momencie dochodzimy do sedna sprawy. Transakcje osób z dostępem do informacji to na pewno bezcenne źródło informacji. Nie można jednak ich ślepo naśladować. Po pierwsze, porównujemy się częstokroć do osób majętniejszych, którym trudno dotrzymać kroku. Po drugie, znaczna część komunikatów dotyczy całkiem niewielkich kwot. Nie od dziś wiadomo, że część tych transakcji ma tylko wymiar promocyjny. W końcu robienie dobrego klimatu wokół spółki jest szalenie ważne. Nic nie powinno jednak zastąpić chłodnej analizy. W końcu chodzi o pieniądze...