Dużo się ostatnio słyszy i o PZU, i o Eureko. Są trzy powody - kolejne odsłony konfliktu między Eureko a Skarbem Państwa, deklaracje MSP na temat PZU lub sporu z Holendrami oraz... spoty Eureko w telewizji.
Na razie przegrywamy kolejne bitwy procesowe (my - czyli podatnicy) i wygląda na to, że będziemy musieli zapłacić wysokie odszkodowanie. Rosnące, bo - co za paradoks - od lat rośnie wartość PZU.
Ministerstwo skarbu zamierza zasiąść do rozmów: strategię pustych, a na końcu nawet śmiesznych gestów zastępuje strategią negocjacji. Bardzo dobry wybór, bo jest wiele rozwiązań, które można zastosować: z udziałem EBOR i bez, z uwzględnieniem giełdy albo nie, z fuzją z PKO BP lub innym wariantem itd., itp. Rynek jest biegły w inżynierii finansowej, może napisać wiele scenariuszy.
Eureko nie ma szczęścia do polskiego Skarbu Państwa, a Skarb - do Eureko. Nie ma między nimi mięty. Nie było za czasów Wiesława Kaczmarka ani Wojciecha Jasińskiego, najdłużej ostatnio urzędujących ministrów. Nawet Jacek Socha w poszukiwaniu kompromisu nie zaszedł za daleko, być może z braku czasu.
Eureko może z nostalgią wspominać ministra Wąsacza, który sprzedał mu akcje PZU, i z niewiele mniejszą Aldonę Kamelę-Sowińską, która zgodziła się na sprzedaż kolejnych akcji, a przez to oddanie kontroli nad największym polskim ubezpieczycielem. Ale wspomnienia i niezła pozycja procesowa to nie wszystko. To nawet, w dłuższej perspektywie, dosyć mało.