Ostatnie miesiące przyniosły w branży ognistą dyskusję na temat tego, czy polski sektor elektroenergetyczny jest konkurencyjny, czy też konkurencji w nim za grosz. Spory, w których wypowiedziały się największe autorytety, rozgorzały przy okazji lipcowej liberalizacji rynku energii elektrycznej i przymiarek do uwolnienia cen energii.
Od 1 lipca polski rynek elektroenergetyczny jest konkurencyjny. Tak stwierdził np. Adam Szafrański, który jako prezes Urzędu Regulacji Energetyki postanowił zwolnić spółki obrotu z corocznego obowiązku przedstawiania taryf do zatwierdzenia przez URE. Posypały się jednak głosy, że przez zwolnienie z tego obowiązku od nowego roku firmy "na dzień dobry" podyktują gospodarstwom domowym ceny wyższe o 10-15 procent. Odchodzący premier Jarosław Kaczyński odwołał prezesa Szafrańskiego.
Na jego miejsce powołano Mariusza Sworę, który stwierdził, że przy obecnym kształcie sektora ceny energii elektrycznej nie mogą kształtować się na skutek gry wolnorynkowej. I postanowił obowiązek taryfowy przywrócić. Decyzję tę podjął przy nieskrywanej dezaprobacie branży. W końcu to jej przedstawiciele akcentują, że w obecnych warunkach cenowych nie da się inwestować, a w sąsiednich krajach Unii energia elektryczna jest o jedną trzecią droższa. Niezależnie jednak od tego, ile czasu potrwają przygotowania do cofnięcia decyzji administracyjnej wydanej przez Adama Szafrańskiego, spółki obrotu i tak wolą zgłosić do URE swoje taryfy do zatwierdzenia na przyszły rok. W całym tym zamieszaniu lepiej być przygotowanym na każdą ewentualność.
Obecny rząd nie zajął dotychczas jednoznacznego stanowiska w tej sprawie. Wicepremier oraz szef resortu gospodarki Waldemar Pawlak deklarował niedawno, że prowadzi obecnie korespondencję z prezesem URE w tej sprawie. Jest to jednak urząd niezależny i podejmuje działania w oparciu o obowiązujące przepisy i Ministerstwo Gospodarki nie powinno mocno ingerować w jego działania. A niezadowolonym spółkom zawsze przysługuje prawo odwołania do Sądu Ochrony Konkurencji i Kosumentów. Z kolei zdaniem posłów z parlamentarnego zespołu ds. energetyki, nowy rząd powinien w niedługim czasie zająć jednoznaczne stanowisko w tej sprawie.
Mamy więc konkurencję czy nie? Zakłady energetyczne od lipca wydzieliły z założenia niezależnych Operatorów Systemów Dystrybucyjnych. Co więcej, wszyscy odbiorcy w kraju mają prawo do tego, aby sprzedawcę energii elektrycznej zmienić i zapisać się tam, gdzie im będzie lepiej. Tyle że zmiany te faktycznie zaszły tylko na papierze. Nie widać na razie, żeby spółki obrotu biły się o klientów. Gospodarstwa domowe nie są w Polsce zainteresowane tym, co dzieje się na rynku. Zmiana sprzedawcy energii wiąże się z uporaniem się z szeregiem formalności, a warunki finansowe oferowane przez poszczególnych sprzedawców wiele się od siebie nie różnią.